Drukuj artykuł Drukuj artykuł

Ucieczki z łapanek

łapanki w czasie wojny

źródło zdjęcia: sxc.hu

Edward Gąsiewski część 4

Ja sam kilkakrotnie uszedłem ledwo z życiem. W czasie ucieczki w jednej z łapanek, kule gwizdały mi koło głowy a ubranie a nawet koszula z prawego boku  była przestrzelona. W tej samej łapance zginęło dwóch innych młodych ludzi o czym nawet nie wiedziałem. Ponieważ ukrywałem się poza domem jeszcze przez trzy czy cztery dni, tych młodych chłopców odnalazł i pochował poszukujący mnie mój brat Janek. Żaden z nich nie posiadał dokumentów. Byli ubrani w jakieś kombinezony pod którymi skrywali polskie mundury.    To, że wyszedłem z tego cało bez najmniejszego draśnięcia, to prawdziwy cud.

Na jesieni 1944 roku tylko z naszej gminy Werenów , NKWD „zgarnęło” około 150 chłopa i zapędzono nas do koszar 75 Pułku Piechoty w Lidzie. Było już tam mnóstwo aresztowanych. Trzymano nas 10 dni bez jedzenia, bez możliwości umycia się i  bez żadnej wiedzy co do naszej przyszłości.
Któregoś dnia spadł deszcz, mogliśmy nareszcie napić się i chociaż z grubsza umyć. Każdy z nas miał zabrane z domu trochę jakiegoś jedzenia i tylko dlatego mogliśmy jako tako przetrwać. Wiedziały o tym pilnujące nas sołdaty, wpadali do pomieszczeń, bili na oślep a kiedy ludzie się rozpierzchli, za każdym razem zabierali kilka tobołków. Zaczęliśmy mieć tego dość.

Po dziesięciu dniach ja i mój kolega o nazwisku  Mickiewicz ps. „Gałązka”, niemalże pod okiem strażników wyskoczyliśmy przez okno, pokonaliśmy płot z kolczastych drutów i już byliśmy wolni. Gdyby strażnicy zareagowali w porę, mogliśmy pozostać na tych drutach … Przenocowaliśmy u Dąbrowskiego z którym dogadaliśmy się wcześniej i który miał stałą przepustkę na teren koszar i strzygł aresztowanych.
Na drugi dzień w drodze powrotnej spotkaliśmy dziewczynę jadącą samodzielnie wozem.  Dzień dobry, a dokąd to Pani jedzie? A do Hermaniszek, a możemy się zabrać? Kiedy tylko usłyszeliśmy „bardzo proszę” , już byliśmy na wozie. Za niedługą chwilę, z nieba zaczęły się lać potoki wody.

Dziewczyna miała parasolkę pod którą wszyscy chowaliśmy jedynie głowy, gdy tymczasem nasze zadki przemokły nam zupełnie, ale była przynajmniej „uzasadniona” okoliczność poprzytulania się trochę do fajnej i ładnej dziewczyny.  I w ten sposób powrotna droga zeszła nam nawet trochę za szybko…

Innym razem uratowało mnie przeczucie i intuicja. Siedziałem wraz z kolegą w jego schronie zrobionym pod owczarnią. Nad ranem jakiś silny i dziwny niepokój kazał mi z niego wyjść i zobaczyć co się dzieje z Matką. Kiedy znalazłem się w swoim domu usłyszałem charakterystyczne ujadanie psów które głosiły zbliżanie się  „łapunów”. Nie mogłem już nigdzie uciec.

Natychmiast wszedłem do kryjówki zrobionej w kuchni pomiędzy podwójnymi ścianami. „Łapuny” już były w domu. Zaczęli wypytywać Matkę gdzie synowie, co się z nimi dzieje. Matka odpowiedziała, że nic o nich nie wie i być może gdzieś poginęli. „Łapuny” pokręciły się chwilę po domu i wyszli. Po dłuższej chwili opuściłem kryjówkę i udałem się na strych. Przez małe okienko widziałem jak pędzą dużą grupę ludzi, w tym mojego kolegę z którym ukrywałem się w nocy.

Pewnego razu wraz z bratem Jankiem i stryjecznym bratem Leonardem byliśmy w domu, kiedy niespodziewanie pojawiły się „łapuny”. Ja z Leonardem zdążyliśmy wyskoczyć, Janek już nie dał rady. Tym razem „łapuny” nie strzelały, chcieli nas wziąć żywcem. Jako młodszy biegłem szybciej, Leonard nieco wolniej i już, już za poły kurtki chwytał go prowadzony przez „łapów” pies, kiedy wykorzystując przeszkody terenowe i znane nam ścieżki udało się nam umknąć.

Janka zabrali do NKWD do Wilna i kiedy krasnoarmiejec poszedł meldować swoim przełożonym o schwytaniu polskiego bandyty, Janek zrobił w tył zwrot i z siedziby NKWD po prostu dał nogę. Sam nie mogę w to uwierzyć, że z tej siedziby udało mu się szczęśliwie uciec, ale służył w Wilnie w wojsku i miasto znał dobrze. Ponad 60 kilometrów, a dokładnie 64 idąc lasami wracał do domu  piechotą.

Innym razem kiedy byłem już w posiadaniu dokumentów repatriacyjnych do Polski i byłem pewny, że one mnie ochronią, zostałem zatrzymany u siebie w domu  przez „łapunów” którzy ani myśleli ich honorować. Nie pomagały żadne tłumaczenia i wyjaśnienia.

Kiedy byliśmy tuż za wsią, sam nie wiem dlaczego zacząłem gwizdać. Krasnoarmiejcy rzucili się do mnie z automatami z okrzykiem : „szto eta, banditów kriczysz?”. Jakich bandytów?  Ty uważaj, bo jak ci pociągniemy serią po plecach to przestaniesz gwizdać… Zabrali również dwóch Butrymowiczów którzy tak jak i ja mieli już dokumenty repatriacyjne. Przy okazji „rąbnęli” im dziesięciolitrowy baniak z bimbrem, bo Butrymowicze mieli chrzcić dziecko.

Krasnoarmiejcy okazali się nawet „ludzcy”, gdyż na moją propozycję, żeby coś z tego baniaka łyknąć, bo jak dojdziemy do Gieranony to i tak im ten bimber naczalstwo zabierze, /i tak też się stało/, zatrzymali się, starszyna chwilę pomyślał, podrapał się po kudłatym łbie, kazał przysiąść na pieńku i rozlał po szklaneczce, /sobie trochę więcej…/, chwilę odpoczęliśmy i ruszyliśmy w dalszą drogę. Zastrzegł jedynie, że o tym  „nie nada razgawarywać !”.

Do Gieranony było 5 kilometrów a  stamtąd skierowano nas  15 kilometrów dalej do Lipniszek, gdzie dotarliśmy już o szarówce. Nocowaliśmy u jakiegoś chłopa. Tam dołączono do nas mojego kolegę ze szkoły, Stanisława Kapustę który miał dużą gospodarkę w Dajnowie Gieranowskiej.

Został on aresztowany po jakiejś akcji partyzantów  AK, przy czym z działaniami tymi nie miał nic wspólnego. To był twardy i mocny chłop. Pilnowali go bardzo, prawie cały czas z braku kajdanków, miał w bolesny sposób skrępowane sznurem  ręce, wiązane z tyłu. Widziałem jak sznury wrzynały mu się w nabrzmiałe i sczerniałe z braku krążenia krwi dłonie, widziałem jak cierpiał, ale krasnoarmiejcom nie skarżył się.

Następnego dnia kiedy ruszyliśmy do Iwia, było bardzo upalnie. Kapusta miał cały czas skrępowane ręce i zawieszoną torbę która przeszkadzała mu w marszu. W torbie tej miał to, co w pośpiechu dała mu  na drogę matka, pewnie trochę słoniny, chleba i kiełbasy. Po twarzy i plecach płynęły mu stróżki potu. Zwróciłem się do starszyny z prośbą o zgodę na poniesienie tej torby. Starszyna zwymyślał go od bandytów, ale torbę wziąć pozwolił.

Kiedy byliśmy już w Iwiu  w siedzibie NKWD, byłem świadkiem jak przywieziono zastrzelonego partyzanta AK plutonowego „Listka”.  Na podwórzu tej siedziby wykopano pod płotem dziurę i w samej tylko bieliźnie zakopano go w niej.

W ośmioosobowych celach było nas po dwudziestu dwóch. Żeby trochę położyć się i zdrzemnąć leżeliśmy na boku. Natychmiast zaczęto przesłuchiwać Kapustę, wrócił do nas koło północy. Mówił mi,  że był bity i poniżany, ale gdyby go nawet mieli zabić to i tak by nic nie powiedział, bo rzeczywiście o niczym  nie wiedział. Kiedy zabrali go wkrótce  po raz drugi, już nie wrócił, później słyszałem, że dostał 15 lat zsyłki.

W czasie tej odsiadki dwóch bystrych polskich chłopaków z sąsiedniej celi jakimś cudem wydłubało kraty z okna i wykorzystując zaśnięcie enkawudzisty uciekło w nocy. Na drugi dzień zrobił się wielki szum a enkawudzista, młody chłopak zamiast pilnować, tym razem  sam był pilnowany. Płakał biedak, że za to dostanie z pięć lat odsiadki.

Dwaj inni przyuważyli kiepsko przybite deski w dole kloacznym, poprosili o wyprowadzenie ich do ustępu i tam balansując pomiędzy zawartością tego dołu a zbawienną dziurą, niepostrzeżenie dali nogę. Wyobrażam sobie zdziwienie sowieckich strażników, którzy nie mogąc doczekać się na załatwienie swoich potrzeb przez nadzorowanych więźniów, zajrzeli do ustępu…

Mnie przesłuchiwano przez kilka dni a obawiałem się wpadki, bo miałem dokumenty  trochę podrobione i wykazywały one, że jestem o 5 lat młodszy. Mój wygląd w porównaniu z przedstawionymi dokumentami co prawda budził ich wątpliwości, ale nic poważniejszego się nie doszukali. Prowadzący przesłuchania major NKWD z uśmieszkiem przyjął informację, że już niedługo pojadę do Polski i w końcu zwolnili nas.

Na zakończenie poprosiłem o jakiś papier, że tu byliśmy,  żeby w drodze powrotnej uniknąć ponownego zatrzymania. NKWD-zista odparł na to, że w takim przypadku mamy powołać się na niego i nikt nie ma prawa nas zatrzymać. Ledwie uszliśmy ze dwa kilometry kiedy natknęliśmy się na „łapunów”. Powiedzieliśmy im co i jak, a oni rzeczywiście nas nie zatrzymali. Jednak strzeżonego Pan Bóg strzeże i na wszelki wypadek pozostałą część drogi do domu szliśmy lasami.

NKWD tak jak i poprzednio Niemcy, szczególnie zaciekle tropiło i niszczyło struktury i poszczególnych ludzi AK, stosując nie tylko metodę regularnej walki, ale uciekając się do najohydniejszych podstępów. Podłe metody stosowali również radzieccy partyzanci. W jednym z okręgów zorganizowali jakąś „niby gościnę” w czasie której podstępnie i z premedytacją, w bestialski sposób zamordowali  80 akowskich partyzantów i ich dowódcę o pseudonimie „Kmicic”.

Na jego miejsce dowództwo AK z Warszawy przysłało majora Szendzielarza  ps.”Łupaszko”, który okazał się utalentowanym i niezwykle  skutecznym dowódcą poleskiej partyzantki. Tego patriotę i bohatera wykończyli  później „swoi”, ubecy z PRL-u!

W grudniu 1944 roku funkcjonariusze z NKWD zastrzelili w zasadzce jednego ze znanych mi akowców. Był to nasz dowódca batalionu, świetny partyzant Jan Borysewicz, pseudonim „Krysia”, który wielokrotnie dobrze dawał się ruskim we znaki.

Chełpiąc się tym sukcesem: „wot, eta my ubili waszego gieroja”, przeciętego serią karabinu maszynowego,  w samej tylko bieliźnie, obwozili po Ejszyszkach na specjalnej platformie zastraszając tym ludność cywilną. Skalę wyrafinowanej przemocy  w stosunku do Polaków i ludzkiej krzywdy można by mnożyć w nieskończoność, ale i tak nie jesteśmy w stanie wszystkiego wymienić.

Kiedy dzisiaj czytam książkowe opracowania na ten temat i widzę fotografie tych pomordowanych, mądrych i inteligentnych ludzi, z których wielu przecież osobiście znałem, kiedy wiem kim byli i co mogli zrobić dla Polski, to łza się w oku kręci i pięści zaciskają się same…

Cezary Woch

Drukuj artykuł Drukuj artykuł

Jeden komentarz do artykułu “Ucieczki z łapanek”

  1. Grzegorz

    Film pt. „”Granice Ojczyzny” zrealizowany w Gimnazjum im. Jana Pawła II w Czerwieńsku.

Komentarz wyraża opinie wyłącznie jego autora. Redakcja portalu sycowice.net nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.

Skomentuj artykuł

Nasz serwis wykorzystuje pliki "cookie". W przypadku braku zgody prosimy opuœścić stronę lub zablokować możliwośœć zapisywania plików "cookie" w ustawieniach przeglądarki.