Drukuj artykuł Drukuj artykuł

Historia Walczaków

Polacy wyjeżdżający do Niemiec

źródło zdjęcia: nasza-klasa.pl

Edward Gąsiewski część 6
Historia Walczaków pochodzących z częstochowskiego jest nietypowa i bardzo ciekawa. Wojciech Walczak jako kawaler, już po pierwszej wojnie światowej w okresie letnim wyjeżdżał do pracy w Niemczech „za chlebem”, a na zimę wracał do domu. Był przysłowiową „złotą rączką”, bo wszystko umiał zrobić i był ceniony przez Niemca u którego pracował.

Po pewnym czasie Niemiec zaproponował mu, że dobrze by było gdyby się ożenił i zamieszkał u niego na stałe, bo do pracy potrzebuje również kobietę. Tak też się stało i moja przyszła żona Walentyna urodziła się w Niemczech i tam pokończyła odpowiednie dla jej wieku szkoły, jedną siedmioletnią a drugą trzyletnią. Ta trzyletnia szkoła była bardzo praktyczna, bo uczyła prowadzenia gospodarstwa domowego, gotowania, pieczenia, szycia, wychowywania dzieci itp.
Po zakończeniu II wojny światowej Walczakowie postanowili wracać do Ojczyzny. Ich droga prowadziła właśnie przez Sycowice czyli przez ówczesny Syców. Nie mieli oni sprecyzowanego miejsca gdzie mogliby się osiedlić, a sołtys w Sycowie którego nazwiska nie znam, zachęcił ich do pozostania tutaj.

Walczakowie rozejrzeli się i pozostali. W każdym bądź razie kiedy ja przyjechałem do Sycowa Walczakowie już tu byli, a Walentyna miała chyba ze 17 lat. Mieszkali tu gdzie teraz Kopczyńscy. Oni przyjechali z zachodu a ja ze wschodu i ze swoją przyszłą żoną SPOTKALIŚMY SIĘ W SYCOWICACH !

Ludzie, a w tym i moja Matka odnosili się początkowo do nich nieufnie, no bo przyjechali z Niemiec, świetnie znali niemiecki język, no to tak jakby trochę Niemcy

Trzeba oddać sprawiedliwość, że pomijając okres wojennych wynaturzeń Polacy wyjeżdżający do Niemiec „za chlebem”, zawsze z tej współpracy byli zadowoleni. Podobał się im niemiecki porządek, gospodarność i dbałość o wszystko. Zawsze mieli ściśle określony zakres obowiązującej ich pracy, czas odpoczynku i posiłków. Na ogół szczególnie na wsiach, do stołu siadali razem z gospodarzami i byli traktowani przyzwoicie, bez żadnej tam „wyższości rasowej”. Wielu z nich do dzisiaj uważa, że był to dla nich lepszy okres w życiu, niż w Polsce „na swoim”.

Kiedyś, niedługo po wojnie do naszego domu zapukało dwóch mężczyzn z poznańskiego. Powiedzieli, że szukają Niemca który gospodarzył tu, gdzie teraz mieszkają Bakalarscy. Żona odpowiedziała, że „chyba wam mocno zalazł za skórę skoro go szukacie”. Obaj gwałtownie zaprzeczyli i odpowiedzieli, że w czasie wojny pracowali u niego, a był to bardzo porządny człowiek i po prostu chcieli dowiedzieć się czy ją przeżył, odwiedzić go i podziękować za spędzony razem czas.

Wojciech Walczak okazał się bardzo dobrym, pracowitym gospodarzem, znał się na wszystkim i był życzliwy dla ludzi, to przełamało z czasem uprzedzenia. U niego w gospodarstwie zawsze był wzorowy porządek a konie i krowy były nie tylko wyczyszczone, ale po prostu wypielęgnowane.

Z Walentyną przeżyłem wiele szczęśliwych lat, takich na dobre i na złe. Bardzo często chodziliśmy na zabawy, potańcówki i wesela. Niektórzy nawet nam tego zazdrościli. Mieliśmy czworo dzieci, trzy córki: Zosię, Teresę i Alę i jednego syna Bogusia.

Ja oprócz prac w gospodarstwie, w tym czasie przez 17 lat pracowałem w lesie, najczęściej przy zrywce i wywózce drewna.. W gospodarstwie miałem gleby prawie wszystkie VI klasy i ciężko z niego było wyżywić całą rodzinę. Tylko kilku ludzi pracowało dodatkowo w lesie. Zaczynaliśmy od żelaznych niewygodnych wozów, później przechodziliśmy na wozy na gumowych kołach. Była to ciężka i niebezpieczna praca. Pamiętam jak brat Janek złamał przy niej nogę, dostał w związku z tym wypadkiem jakąś krótkotrwałą rentę, którą wkrótce mu zabrali.

Zerwałem i wywiozłem tysiące kubików drewna. Pamiętam, że w jednym miesiącu zerwałem 946 kubików, w ciągu jednego dnia wywoziłem od 5 do 10 kubików drewna. Był taki dzień, że wywiozłem 24 metry opału a jeszcze trzeba było dojechać z 9 km. Ci co mieli z tym do czynienia wiedzą co to znaczy. Lasy Państwowe traktowały mnie jako „prywatnego”, nie byłem ubezpieczony i pomimo tylu lat ciężkiej pracy dzisiaj nic z tego nie mam.

Syców zaczął się zaludniać, a po pierwszym bardzo trudnym powojennym okresie, w ciągu dwóch, trzech lat ludzie zagospodarowali się i byli przykładem gospodarności dla sąsiednich wsi.

Wymienię chociażby kilku bardzo dobrych gospodarzy, byli to: Graczyk i jego szwagier, Żółtobruchy, dwóch Stachowiczów, Puszkarski, Walczak, dwóch Warteli, obaj moi bracia Leonard i Jan, Kociemba i Bałunda.

Później przyjechali: Samolej /tu gdzie dzisiaj Palacz/, Wybraniec /tu gdzie dzisiaj Ludwik Żebrowski/, Kiszka /rodzina do dzisiaj na tym samym miejscu/, Marciszonek i jego zięć Czerniak /tu gdzie dzisiaj Żuk/, Pawłowski /tu gdzie dzisiaj Zgorz/, Sobolewski / tu gdzie dzisiaj Danielewicz/ , Jankowski /tu gdzie dzisiaj Górecki/ i wielu innych.

Stanisław Wartel gospodarował tu gdzie teraz mieszkają Bakalarscy a jego brat Franciszek po sąsiedzku, tu gdzie gospodaruje dzisiaj Stanisław Klimek. Obaj pochodzili z poznańskiego z Nowego Tomyśla.

Przed Franciszkiem Wartelem przez krótki czas gospodarowała tam pochodząca z moich stron Irena Nowakuńska z bratem Alfonsem. W tej części wsi, obecnie z lewej strony Grzegorza Szwala /na miejscu Wiktorii Grablis/, gospodarował również mój najstarszy brat Konstanty, który do Sycowa przybył razem ze mną.

W tym czasie było 40 gospodarstw pełno rolnych o powierzchni około 12 ha i około 30 mało rolnych o powierzchni około 2,5 ha. Tych mało rolnych nazywaliśmy chłoporobotnikami, bo mieli zawsze jeszcze jakąś dodatkowa pracę, dojeżdżali nawet do Zielonej Góry. Kto chciał mógł pracować, pracy wtedy nie brakowało.

W każdym gospodarstwie pełno rolnym było średnio po 4 krowy a niektórzy mieli ich więcej, np. mój teść Walczak miał 6 krów. Przyjmując jednak, że średnio po 4 krowy to było ich co najmniej 160, a mieli je przecież także mało rolni. W każdym gospodarstwie pełno rolnym były co najmniej dwa konie, to już mamy 80 koni a mieli je także mało rolni np.: po jednym koniu Olejnik, Maroniak i Żaba.

Było masę drobiu: kur, kaczek, gęsi i indyków a także owiec. Dydak jak woził mleko, to miał pełniutki wóz, aż ledwo ten koń ciągnął. Nasza wieś dawała najwięcej zboża , najwięcej mleka i mięsa ze wszystkich okolicznych wsi, bo była to wioska przede wszystkim rolnicza. Jak był spęd w Nietkowicach to nie widać było końca wozów ze świniami, krowami, jałówkami, cielętami a nawet końmi.

Była okazja aby po udanej sprzedaży w gronie kolegów, na świeżym powietrzu wypić mocnej gorzałki, zagryźć „pętem” kiełbasy i po sąsiedzku pogadać. Ot, taki zwyczaj który z pewnością zbliżał ludzi. Bardzo często organizowaliśmy zabawy. W wiejskiej świetlicy aż huczało.

Zawsze było wesoło, hucznie i z humorem. Nasze zabawy znane były w sąsiednich wsiach, bo ludzie przychodzili na nie z Radnicy, Podłej Góry, Nietkowic czy nawet z Brodów, Gostchorza i Grabina. Zawsze był porządek, a milicja nawet do nas nie przyjeżdżała. Mówili, że miejscowi „dadzą sobie radę” . Było kilku mocnych chłopaków którzy wszelkie wyskoki załatwiali po swojemu, „od ręki”, a najlepszy w tym był Rysiek Puszkarski i mój brat Janek…

Cezary Woch

Drukuj artykuł Drukuj artykuł

4 komentarze do artykułu “Historia Walczaków”

  1. Cezary Woch

    Bardzo bym chciał aby atmosfera i zwyczaje w Sycowicach były takie jakie opisane są w końcówce tego odcinka. Przecież to te same SYCOWICE jak kiedyś, a jakby trochę inne… . Jakie będą, zależy tylko od Nas…. .

  2. Mistrzu

    Czytając te pełne melancholii i spokoju wspomnienia aż nie chce się wierzyć, że Sycowice wtedy były tak prężną wioską. Jak widać z opisu, gospodarze mieli masę inwentarza i aby to obrobić i wyżywić należałeo uprawiać sporo ziemi.
    Patrząc obecnie na tereny Sycowic aż trudno uwierzyć, że wystarczyło ziemi dla wszystkich. Widocznie od tego czasu sporo uprawnego terenu zostało zalesione.
    A teraz tylko łąki, łąki i łąki…..
    Mimo wszystko pięknie…

  3. Helena

    Jestem żoną Jana Kopczyńskiego.
    Bardzo podobabają nam się opisane wspomnienia wujka Edka.
    Ja do Sycowic co roku z mężem przyjeżdżałam na urlop przez wiele lat od 1970 r.
    Bardzo lubiliśmy słuchać wspomnień babci i dziadka Walczaków i bardzo ciekawie opowiadał wujek Edek.
    Sycowice jeszcze wówczas dla mnie były fajną wioską, do
    której z przyjemnością co roku jechaliśmy z dziećmi gdzie byliśmy ze łzami witani i żegnani przez dziadków i ojca.
    Serdecznie pozdrawiamy Wszystkich znajomych z Sycowic a Panu ślicznie dziękujemy za piękną stronkę, którą
    mogę ciągle pokazywać mojemu niepełnosprawnemu mężowi.
    Ta stronka to dla nas jakby wycieczka po Sycowicach.

  4. BOGDAN

    ŻONA MOJA JEST CÓRKĄ STEFANA SOBOLEWSKIEGO SYNA STANISŁAWA I GENOWEFY SOBOLEWSKICH KTÓRZY W SYCOWICACH MIESZKALI POD NR 16.DZIĘKUJEMY ZA ARTYKUŁY O SYCOWICACH BO MOŻEMY POZNAĆ HISTORIĘ NASZYCH DZIADKÓW .PROSIMY O NAPISANIE CZY TEN DOM JESZCZE STOI .SERDECZNIE POZDRAWIAMY WSZYSTKICH SYCOWIAN I PROSZĘ O ODPIS NA POW ADRES

Komentarz wyraża opinie wyłącznie jego autora. Redakcja portalu sycowice.net nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.

Skomentuj artykuł

Nasz serwis wykorzystuje pliki "cookie". W przypadku braku zgody prosimy opuœścić stronę lub zablokować możliwośœć zapisywania plików "cookie" w ustawieniach przeglądarki.