Drukuj artykuł Drukuj artykuł

Wigilia z pułkownikiem – część 4

rewolucja w Rosji

źródło zdjęcia: sxc.hu

PODRÓŻ DO GÓR ŚMIERCI
Na drugi dzień wszystkich załadowano na statek pasażerski. Podróż wzdłuż brzegów Bajkału trwała niecałą dobę. Gdy Bajkał się skończył płynęliśmy jeszcze rzeką, aż do jej wartkiego nurtu. Dalej szliśmy pieszo wzdłuż rzeki a później wąwozami wśród gór szlakiem, którym od wieków wędrowali kupcy. Zboczenie ze ścieżki było niemożliwe. Po obu stronach wznosiły się wysokie góry lub bezkresna tajga z gęstymi zaroślami i poszyciem do nie pokonania. Na ucieczkę nie było szans. W nocy musieliśmy spać jeden przy drugim, tworząc krąg. Środek był przeznaczony dla dwóch strażników. Następnych ośmiu czuwało na zewnątrz. Skoro świt, po posiłku, wyruszyliśmy w dalszą drogę. Na górzystym szlaku napotykaliśmy wiele niewielkich osad. Tubylcy wychodzili z domów. Niektórzy z niewdzięcznością wyzywali nas od carskich burżujów. Tą hańbę w pogardzie i rozpaczy często musieliśmy znosić. Na górskim rozdrożu dotarliśmy do „Sowchozu” (Sowietskoje Choziajstwo). Było to leśne gospodarstwo. Stało tam kilka samochodów transportowych do wywożenia dłużycy z tajgi na południe Rosji. Między nimi stały także samochody przystosowane do wożenia drwali w tajgę. Wszystkie te pojazdy napędzane były drewnem opałowym. Komendant strażników załatwił u przewodniczącego trzy takie samochody. Po kilkugodzinnym odpoczynku jechaliśmy krętymi, wyboistymi drogami w śród gór. Rano zauważyliśmy, że jedziemy nad krętą rzeką. Gdy padła jej nazwa Witim (dopływ rzeki Leny), byliśmy już pewni, że jedziemy tam, gdzie przewidywaliśmy, czyli do kopalni złota. Samochody zatrzymały się na krótki odpoczynek i urobku drewna na opał dla pojazdów. Jeden ze skazańców, być może skacząc z samochodu złamał nogę i upadł. Strażnicy podjęli decyzję, że połamańca dalej nie będą wieźć. I znowu powtórzyła się sytuacja, że ofiara błagała, by go zostawić żywego. Niestety, litości nie było. Jeden ze strażników strzelił skazańcowi w głowę. Jego ciało zostawiono obok drogi na kamienistym, górskim zboczu.

Byliśmy bardzo głodni. Strażnicy rozdali nam po porcji sucharów, które moczyliśmy w rzece. Rozmoczone suchary smakowały nam jak najlepsze smakołyki przygotowane przez matkę w domu.

Jechaliśmy dalej serpentyną nad rzeką na północ. Droga była coraz bardziej kręta i wyboista. Samochody mocno bujały się na wszystkie strony. Z pewnością każdy skazaniec marzył, by samochód się wywrócił. Była by okazja, by rzucić się na strażników. Zabrać im broń i zbiec w góry. W każdym samochodzie czuwało dwóch strażników z bronią gotową do strzału. Minęliśmy kilka górskich wiosek. Częściej mijaliśmy drobne osady z kilkoma małymi drewnianymi chatkami, przycupniętymi przy górskich zboczach. Zapadła noc. Wielu skazańców ukołysanych jazdą samochodu spało lub drzemało. Zbliżaliśmy się do złotodajnych gór. Podróż wciąż trwała. Około południa przejechaliśmy przez most na rzece Wicim. Zaraz za rzeką rozciągało się drewniane miasto Bodajbo. Zatrzymaliśmy się za miastem w lesie. Po zaopatrzeniu się w drewno opałowe ruszyliśmy dalej na wschód wśród co raz wyższych gór. Robiło się ciemno gdy cel podróży zakończył się.

Otrzymaliśmy nową porcję sucharów oraz ciepłą herbatę podobną do zwykłej wody. Przenocowaliśmy w okropnie cuchnących barakach.

KOPALNIA ZŁOTA
W kopalni złota panowały nieludzkie warunki. Strażnicy ładunkami wybuchowymi burzyli skały, a my cały kamienny urobek skrzętnie przekopywaliśmy w poszukiwaniu świecących okruchów. Spenetrowany urobek wynosiliśmy dwoma wiadrami o pojemności 25 litrów, osadzonymi na desce posiadającej specjalne wycięcie na szyję. Na końcach tej tzw. “nosiłki” zwisały łańcuchy z hakami do zaczepiania wiader. Przeszukany urobek, musiał być wybrany i wyniesiony, by można było dotrzeć do niższych złotodajnych pokładów. Kto znalazł kruszcu ponad normę, ten otrzymywał dodatkową porcję żywności. Komu w szukaniu się nie powiodło, ten z wycieńczenia szybko umierał. Zwłoki wrzucaliśmy do górskich szczelin i zasypywaliśmy kamiennym urobkiem.

Wodę dla skazańców dowożono beczkowozami z górskich źródeł. Większe jej zapasy przechowywano w beczkach, w barakach. W zimie temperatura dochodziła do minus 50 stopni, więc woda zamarzała. W czasie długotrwałych, tęgich mrozów wodę pozyskiwaliśmy z topionego śniegu. Nawet podczas największych mrozów nie przerywano pracy. By nie zamarznąć, trzeba było żwawo się poruszać. Kto był słaby, to padał i wkrótce zamarzał na kość. Po pierwszej bardzo mroźnej zimie nastąpiło krótkie ale bardzo upalne lato. W takich warunkach woda w beczkach była przegrzana i jej picie nie przynosiło ulgi. Od zabójczej temperatury katorżnicy masowo umierali. W czasie niesprawnego beczkowozu zarządzano przerwy w pracy, co jednak powodowało duże straty w wydobyciu złota. Wówczas kierownictwo kopalni zgodziło się, by więźniowie pod nadzorem strażników mogli chodzić ze specjalnymi baniakami po zimną wodę do odległych źródeł. Nadarzała się więc okazja do ucieczki. Pewnego dnia 12 skazańców i trzech strażników wyruszyło do źródła. Powrócili tylko strażnicy i to bez broni. Kierownictwo kopalni dziwiło się, dlaczego uciekinierzy puścili żywych nadzorców. Pościg za uciekinierami na dzikich terenach byłby bez sensu. Nieszczęśni strażnicy otrzymali wyrok za samowolne puszczenie skazanych. Musieli za karę odpracować dwa lata razem z więźniami..

Każdy transport z prowiantem przywoził nowych skazańców. W powrotną drogę te same transporty zabierały wydobyte złoto.

Dowódca strażników miał do mnie sentyment. i dzięki niemu przeżyłem. Po dwóch latach z mojej grupy więźniów zostałem sam. Wszyscy moi koledzy umarli. Mojemu zdrowiu także zagrażała śmierć. Komendant wyjątkowo spół czuwał dla mnie. Często ze mną rozmawiał. Pewnego dnia powiedział, że skierował odpowiednie pismo do kolegi w mojej sprawie, który był komisarzem NKWD w Bodajbo. Prośbę umotywował tym, że w każdych okolicznościach sumiennie oraz z poświęceniem wykonywałem ciężkie prace, co spowodowało wyjątkowe współczucie dla pokornego człowieka. Sumienie radzieckiej władzy powinno wyjątkowo uwzględnić ten przypadek i odesłać skazańca do lżejszych prac na południe Związku Radzieckiego. Jego wniosek został przez NKWD uwzględniony. Przy najbliższej dostawie nowych katorżników wyjechałem na samochodzie załadowanym skrzyniami ze złotem, a obok mnie dwóch strażników. W szoferce jechał komendant, który jak zwykle nadzorował każdy konwój z kruszcem. Jechaliśmy po uciążliwych, krętych, wyboistych, górskich i stepowych drogach przez wiele dni. Po drodze także zaopatrywaliśmy się w drewno dla napędu pojazdu.

NAD AMUREM
W mieście Niewier, przed magazynem kolejowym robotnicy pod nadzorem straży rozładowali skrzynie ze złotem. Po załatwieniu formalności komendanta, pojechaliśmy pod komisariat NKWD. Tam komendant wręczył pismo dotyczące mojej osoby, potwierdzone przez komisarza NKWD w Bodajbo. Komisarz z Niewier przeczytał dokument. Spojrzał na mnie przelotnie a komendanta zaprosił do swojego gabinetu. Wkrótce funkcjonariusz NKWD odprowadził mnie do obozu ze skazańcami. Okazało się, że to był obóz skazanych cywilów którzy za cara sprawowali władzę na wysokich i średnich urzędach. Władza radziecka nazywała ich “burżujskije parazity”, czyli burżuazyjne pasożyty. Traktowani byli równie źle jak skazańcy wojskowi. W Niewierze budowaliśmy stację kolejową. Potem układaliśmy tory zaczynając od stacji w kierunku wschodnim, wzdłuż rzeki Amur. Praca była ciężka. Wielu skazańców umierało z wycieńczenia i zostało pogrzebanych w nasypach kolejowych.

W tym obozie poznałem Aloszę, który pochodził z Nowosybirska. Łączyły nas te same znajome strony. Nawzajem pomagaliśmy sobie w niedoli. Alosza opowiadał jak podczas rewolucji i po jej zakończeniu wieszano lub rozstrzeliwano bogaczy, a wszystkich carskich urzędników skazywano na katorgę. Spędził jedną zimę na robotach w poznanej już przeze mnie tajdze lecz nad rzeką Jenisej. Katorżniczo także pracował w wielu rejonach Syberii. Miał też, tak jak ja tzw. “znak rewolucji”, czyli bliznę po ranie na czole, doznaną podczas przesłuchania na komisariacie NKWD.

Po czterech latach w Niewierze, przywieziono nas do pracy do chabarowskiego portu. Cięliśmy tam grube pnie na tarcicę. Następnie segregowaliśmy drewniane elementy i ładowaliśmy na promy zaczepione do statków parowych. Surowiec nieustannie dowożono samochodami. Było tego tyle, że nie nadążaliśmy z przeróbką. Z Chabarowska, Amurem drewniany budulec płynął jeszcze dalej na wschód, nawet aż na Sachalin.

Latem praca niszczyła zdrowie skazańców. Z powodu upałów, a często z pragnienia ludzie mdleli i umierali. Większą część zmarłych wywożono za miasto, gdzie ich grzebano. Pomimo zakazu część ciał wrzucano do rzeki Amur.

Mój trzeci rok pobytu w Chabarowsku stał się całkiem znośny. Mieliśmy dobre wyżywienie oraz więcej czasu na odpoczynek. W rocznicę rewolucji, miasto udekorowano na czerwono. Huczało od śpiewu i muzyki. W przeddzień rocznicy otrzymaliśmy nowe ubrania robocze. Zorganizowano nawet dla nas zabawę taneczną na deskach ułożonych przy porcie. Nie brakowało chętnych dziewcząt by z nami się zabawić. Po dziesięciu latach tubylcy przyzwyczaili się do komunistycznej władzy. Podczas zabawy skazańców po raz pierwszy traktowano jak zwykłych robotników. Mijały dni i miesiące. Więźniowie nabierali siły, przybierali na wadze. Nastał rok 1927. Na Daleki Wschód zawitała wiosna. Patrzyliśmy i zazdrościliśmy jak wolni ludzie cieszyli, śpiewali i bawili się. Zaczęła w nas kiełkować nadzieja, że także wkrótce otrzymamy wolność. Jednak NKWD czuwało. Wszędzie mieli swoich agentów, którzy donosili na komisariat. o rozmowach zwykłych pracowników ze skazańcami.. Zdarzały się przesłuchania więźniów na komisariacie, które po takich wezwaniach nikt już nie wracał do pracy.

Sergiusz Jackowski

Tagi: ,

Drukuj artykuł Drukuj artykuł

Komentarz wyraża opinie wyłącznie jego autora. Redakcja portalu sycowice.net nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.

Skomentuj artykuł

Nasz serwis wykorzystuje pliki "cookie". W przypadku braku zgody prosimy opuœścić stronę lub zablokować możliwośœć zapisywania plików "cookie" w ustawieniach przeglądarki.