Drukuj artykuł Drukuj artykuł

NAMIBIA PACHNĄCA SAWANNĄ – część czwarta

Sawanna

źródło zdjęcia: Cezary Woch

Na samochodzie szał radości, Folke cieszy się jak dziecko, ściska mi rękę. Ale to przecież jeszcze nie koniec, zwierz dostał, ale nie wiadomo gdzie i przecież nie leży. Folke jest jednak pewien, przez radiotelefon wzywa z farmy samochód do transportu. Podjeżdżamy na miejsce strzału, jest farba. Murzyn rusza tropem ja za nim, idzie szybko i pewnie.

Przeładowuję sztucer. Miejscami nie widzę nic: ani tropów, ani farby. Tropiciel jednak bardzo szybko prze do przodu a ja podziwiam jego pewność. Dochodzimy do ogrodzenia z kilku poziomych drutów wyznaczających kwatery wypasowe dla bydła. Zdrowy oryks przesadziłby je jednym skokiem. Dwa grube druty świeżo przerwane. Ranny zwierz idzie na oślep. Przechodzimy pod ogrodzeniem, więcej farby. Ruszamy dalej, jeszcze kilkadziesiąt metrów i widzimy go.
Rysiek który cały czas nam towarzyszył uruchamia kamerę. Zdyszanym szeptem udziela mi ostatnich rad: Czarek, spokojnie, jest nasz, oprzyj się o drzewo i strzelaj, tylko spokojnie. Serce bije mi jak murzyński tam tam. Podchodzę szukając miejsca na podpórkę i w tym momencie wbija mi się w nogę suchy kolec, nie mogę zrobić kroku. Rysiek przynagla, strzelaj!

Stojąc na jednej nodze oddaję sztucer Murzynowi, rozwiązuję but i wyciągam cierń. Oryks na szczęście leży bez ruchu z uniesioną głową. Opieram się o jakieś rachityczne, połamane drzewo i mam go już w lunecie, odległość siedemdziesiąt metrów. Celuję starannie, teraz już nic nie może się wydarzyć. Pada strzał. Zwierz wali się na bok. Podchodzimy. Okrzyk radości i podziwu Murzyna. Rysiek filmuje: piękny byk, długie, proste, grube u nasady, mocno karbowane rogi. Moje pierwsze jakże piękne trofeum zdobyte na Czarnym Lądzie.

Po twarzy spływają strużki potu, jestem szczęśliwy. Przybiega uradowany Folke, robimy zdjęcia, nie mogę oderwać oczu od łaciatego zwierza. Folke mierzy rogi, zapewnia, że złoty medal.

Wracamy, co za wspaniała przygoda, jestem rozluźniony, głęboko wdycham w płuca zapach sawanny i rozgrzanego piasku. Po drodze spotykamy grupki oryksów. Folke nawiązuje łączność radiową z Catem. Czekają na nas w dolinie wyschniętego potoku. Słyszę jak mówi Cat: nic nie strzeliliśmy, myśliwy ledwo żyje, teraz chłodzi nogi w wilgotnym piasku . Patrzymy na siebie z Ryśkiem i wybuchamy śmiechem.
Przemek dostał w kość, jeszcze pół godziny i dojeżdżamy do nich. Rysiek puszcza kamerę w ruch i rejestruje. Przemek leży krzyżem na piasku, buty zdjęte, nogawki podwinięte, sztucer oparty o skałę. Na nasz widok podrywa się ze słowami: drinker waser, widzieliście jaki światowiec? Folke podaje mu pojemnik z wodą a Przemek łapczywie pije rozlewając cenny napój, mamrocząc coś o dwudziestokilometrowym marszu w skalistych górach. Patrząc na jego zbolałą minę ryczymy ze śmiechu. Folke nawiązuje kontakt radiowy z żoną, za godzinę będziemy w domu. Tam czeka na nas doskonałe danie z oryksa.

Po południu szukamy kudu, ale to ciężka sprawa. Spotykamy albo samice, albo młode sztuki. Przemek poluje oddzielnie. Pół dnia rajzowania i nic, nie spotkał ani oryksów ani kudu. My z Ryśkiem widzieliśmy kudu, ale nie takie jak trzeba.

Zapada zmierzch, na horyzoncie paleta barw zachodzącego szybko słońca. Wracamy do domu odurzeni wrażeniami, chłoniemy rześkość wieczoru. Samochód wydostał się na szutrową drogę. Pęd wiatru mile chłoszcze twarz, w tym czasie Murzyn naciąga na głowę ciepłą czapeczkę… . Jest mu już zbyt zimno! W światłach reflektorów dostojnie przechodzi przez drogę mama fakoszer z czwórką pociech /namibijski dzik/. Za chwilę jesteśmy w domu.

Na kolację na nasze życzenie doskonałe danie z oryksa i „termitowe grzyby”. Warto chociaż krótko powiedzieć cóż to takiego. Otóż „termitowe grzyby” to moje określenie, ich prawdziwej nazwy nie znam, ale nie ma to najmniejszego znaczenia. Rosną przy termitierach. Termity hodują wewnątrz termitiery grzybnię, odżywiają się nią, automatycznie kontrolując jej rozrost i rozwój w normalnych warunkach.
Przy intensywnych opadach deszczu, grzybnia rozrasta się w sposób niekontrolowany przez termity, przebija na zewnątrz termitierę i wyrasta przyjmując postać grzyba bardzo podobnego do naszej kani. Smażony „na dziko” lub panierowany, jest doskonały w smaku. Przysmak ten na naszą prośbę Pani Folke serwowała nam codziennie.

Cezary Woch

Tagi: ,

Drukuj artykuł Drukuj artykuł

5 komentarzy do artykułu “NAMIBIA PACHNĄCA SAWANNĄ – część czwarta”

  1. Grzegorz

    W obuwiu sportowym na polowanie? 😉

  2. Cezary Woch

    Bardzo wygodne w czasie ucieczki przed lwem…. . Przy jeżdżeniu samochodem przez cały dzień …, najwygodniejsze i takie było zalecenie. Zauważ, że obowiązują też krótkie spodenki, „rekreacyjne” czapeczki a Murzyni nawet nosili jakieś wełniane… . Co kraj to obyczaj.

  3. Grzegorz

    Sawanna z przymrużeniem oka 😉

  4. Administrator

    Sawanna na wesoło 😉

  5. krzysztof

    Super „sawanna na wesoło” 🙂 to był Usain Bolt(Jamajka) poznałem ,mocny gość .

Komentarz wyraża opinie wyłącznie jego autora. Redakcja portalu sycowice.net nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.

Skomentuj artykuł

Nasz serwis wykorzystuje pliki "cookie". W przypadku braku zgody prosimy opuœścić stronę lub zablokować możliwośœć zapisywania plików "cookie" w ustawieniach przeglądarki.