Drukuj artykuł Drukuj artykuł

Wigilia z pułkownikiem – część 7

Moskwa

źródło zdjęcia: sxc.hu

SPOTKANIE Z NAJWYŻSZYM KOMISARZEM
Na lotnisku w Moskwie kapitan Jermołow gdzieś zadzwonił. Po kilkudziesięciu minutach pod gmach lotniska podjechała czarna limuzyna. Wysiadł z niej pułkownik NKGB. Przywitał się z moją asystą. Jermołow przedstawił mnie pułkownikowi. Pułkownik niezbyt życzliwym wzrokiem zmierzył mnie oczami od stóp do głowy. Po przywitaniu się jechaliśmy przez Moskwę. Po drodze pułkownik opowiadał, że Woroszyłow niepokoił się o nas podczas długiego czekania.

Jadąc obserwowałem Moskwę udekorowaną na czerwono w przed dzień trzynastej rocznicy rewolucji. Na flagach powiewały portrety wodzów rewolucji. Całe miasto tętniło życiem. Podjechaliśmy pod zabytkową, murowaną bramę. Czułem, że tutaj wyjaśni się moja tajemnica. Na zwieńczeniu bramy wisiał duży szyld o brzmieniu „Najwyższy Komisariat Ludowego Bezpieczeństwa”. Odgadłem, że tu znajduje się największa władza milicyjna. Po obu stronach szyldu wisiały portrety Stalina i Lenina, a powyżej portret Woroszyłowa. Z okazji nadchodzącej uroczystości, brama była bogato udekorowana. Zanim otworzono bramę, podszedł do nas oficer. Przeprosił nas i zgodnie z zarządzeniem sfotografował limuzynę z jej pasażerami. Po dokonaniu czynności przez fotografa, brama się otworzyła. Po obu jej stronach stało na baczność kilku strażników. Kilkadziesiąt metrów jechaliśmy aleją wysadzoną iglastymi drzewami. Przed wejściem do pałacu na wysokich schodach, znowu prężyło się dwóch następnych. Krocząc korytarzem wysłanym carskimi dywanami, co kilka metrów sceny się powtarzały. W sekretariacie siedziało kilku oficerów NKGB. Na nasz widok wszyscy wstali. W sekretariacie kazano mnie zaczekać. Pułkownik kroczył do następnych drzwi. Zapukał. Zza drzwi usłyszałem:
– Wejść!
Pułkownik otworzył drzwi. Stanął na baczność i zameldował:
– Towarzyszu komisarzu, lejtnant Puryn przybył!
– Dziękuję, – odpowiedział Woroszyłow.
Po chwili usłyszałem donośny głos.
– Lejtnant Puryn, wejść!

Wszedłem do dużej luksusowej sali. Jej widok przypominał kremlowską cerkiew z „carskimi wrotami”. Zatrzymałem się przy pułkowniku. Woroszyłow wstał z fotela i podszedł do mnie. Przywitał się ze mną mocnym uściskiem dłoni. Spokojnie powiedział:
– Towarzyszu starszy lejtnant Puryn, Wasz ojciec i Wasz brat zginęli w imię rewolucji.
Ciarki mnie przeszły. Opuściłem głowę. Pomyślałem w duchu, że mój ojciec był zdrajcą cara. A ten sukinsyn chce się usprawiedliwić i mianował mnie o jedną gwiazdkę wyżej. Nie odzywałem się. Stałem przed komisarzem jak podcięte drzewo przed wichrem. Woroszyłow mówił dalej:
– Wybaczcie, że tak długo cierpieliście. Postaram się zrewanżować za krzywdy jakich doznaliście i za śmierć Waszych najbliższych.
Wracając do biurka kazał mi iść za sobą. Wyciągnął z biurka pękatą teczkę. Kładąc ją przede mną powiedział:
– To dla Was. Tu będzie wszystko jasne.

Położył przede mną następny dokument i kazał podpisać. Dokument ten był potwierdzeniem o odebraniu tajemniczej teczki. Nie wiedziałem co ta teczka zawierała. Nie mogłem zlekceważyć polecenia komisarza i podpisałem. Po tej ceremonii Woroszyłow rozkazał pułkownikowi, by mną się zaopiekował i zapewnił tymczasowy pobyt i odpoczynek w Moskwie. Na pożegnanie najwyższy komisarz podał mi rękę. Życzył powodzenia i wszystkiego najlepszego.

Tak poznałem najwyższego komisarza przedrewolucyjnego, donieckiego ślusarza z nad rzeki Ługanki. A później marszałka i Ministra Obrony Związku Radzieckiego.. Nie zachwycałem się jego rewolucyjnymi działaniami, które bezwzględnie likwidowały zamożniejszy naród rosyjski, a w późniejszych latach także i polski. Nie byłem dumny, że ojciec zdradził cara i walczył przeciw własnemu narodowi. Z każdą sytuacją musiałem się pogodzić i korzystać z życia jakie mi los przeznaczył.

W MOSKIEWSKIM HOTELU
Pułkownik odwiózł mnie do hotelu, do którego przed wyjazdem przedzwonił. Tam zjedliśmy obiad. Po obiedzie weszliśmy do mojego pokoju. Pokój był luksusowy. Na stole leżał przygotowany już dla mnie mundur oficerski z trzema gwiazdkami. Przymierzyłem go. Pasował jak na zamówienie. Pułkownik klepnął po ramieniu i powiedział:
– Będzie z ciebie oficer, za którym będzie wzdychać każda dziewczyna.
Następnie sięgnął po oficerską teczkę i wyjął z niej kopertę z zawartością 300 rubli. Położył ją na stole razem z dokumentem do podpisu, potwierdzający odbiór tej kwoty. Po podpisaniu odbioru pułkownik powiedział:
– To tylko na początek, reszta powinna być w Twojej teczce. Dalej masz postępować wg zawartych w niej instrukcji.

Po dokonaniu tych formalności, pułkownik wstał podając rękę na pożegnanie. Poprosiłem go by jeszcze pozostał.
– O co chodzi? – zapytał pułkownik.
– Mam do Was towarzyszu pułkowniku osobistą prośbę, o której niezręcznie mnie mówić.
– Wal śmiało.
– Na Kamczatce poznałem dziewczynę, na której mi bardzo zależy. Ona jest niewinną ofiarą rewolucji. W pewnym stopniu nie podlega wolności i nie może opuścić Pietropawłowska.
– Oj Puryn, wynika z tego, że zakochałeś się nie na żarty.
– Towarzyszu pułkowniku, przekonałem się, że tylko ona potrafi zabliźnić rany rewolucji.
– Znam dokładnie tragedię Waszej rodziny, która przyczyniła się do obalenia caratu. Proszę więc mówić o co Wam chodzi.
– Jeżeli to będzie możliwe, chciałbym uzyskać dokument, który dla mojej dziewczyny zagwarantował by wolność. Dzięki jej opiece i troskliwości zostałem przy życiu i wróciłem do zdrowia.
– To dość przekonywujące. Myślę, że Woroszyłow uwzględni Waszą prośbę. O ten dokument spróbuję zadbać. Podajcie jej dane.

Gdy pułkownik spisywał dane, byłem pewny, że niedługo, na zawsze połączę się z Daszą. Żegnałem pułkownika szczęśliwy i z wielkim wzruszeniem. W hotelowym pokoju zostałem sam.

Z wielkim podnieceniem i lękiem otworzyłem tajemniczą teczkę. Ze spokojem i rozwagą przeglądałem wiele dokumentów dotyczących przeszłości. Stwierdziłem, że Woroszyłow o wszystkim pamiętał. Pamiętał o mojej katordze. Pamiętał o moim ojcu, z którym przed rewolucją potajemnie się kontaktował. Był tam także odręczny list Woroszyłowa skierowany do mnie. Zwierzył się, że razem z ojcem w Carycynie uczęszczali do jednej szkoły. Od wczesnej młodości byli zaprzyjaźnieni. Przekonał ojca, że białogwardziści poniosą klęskę, a rewolucja zwycięży. Ojciec bardzo przeżywał zdradę. Martwił się bardzo o mój los. Po rewolucji także mnie poszukiwał. Opisał okoliczności, w których zginęli: mój ojciec i brat. Bardzo mnie to wzruszyło, że matka umarła po stracie męża i synów. Nie mogłem przeboleć, że mój ojciec z bratem zginęli pod Zamościem, podbijając nowo odrodzoną Polskę. Za mało dla Woroszyłowa było krwi bratniej, wyruszyli więc jeszcze po polską krew. Wielce się usprawiedliwiał, że to były potrzeby rewolucji.

By załagodzić mój ból, włożył do teczki książeczkę czekową opiewającą na sumę 4.000 rubli. Był tam także adres siostry, która jako jedyna z pozostałej rodziny została przy życiu. To właśnie ona po stracie ojca kontynuowała poszukiwanie swojego brata. To właśnie ona po trzynastu latach, w ostatniej chwili uratowała mi życie. Podziwiałem wszelkie jej dokumenty, które dotyczyły moich poszukiwań. Teczka zawierała ważne dokumenty i instrukcje jak mam dalej postępować i gdzie się zgłosić.

Po przeczytaniu i przeanalizowaniu dokumentów musiałem spełnić ostatnią wolę Aloszy. Mając adres jego rodziców, napisałem do nich list. Opisałem w nim katorgę swoją i Aloszy i że po śmierci ich syn spoczywa na Oceanie Spokojnym blisko wysp Kurylskich.

W drugim dniu pobytu w moskiewskim hotelu, obserwowałem przez okno miasto. W trzynastą rocznicę rewolucji, na ulicach panował duży ruch. Całe miasto było czerwone. Ludzie śpiewali rewolucyjne pieśni. Wkoło łopotały flagi i transparenty ozdobione wodzami rewolucji. U wielu ludzi były także fragmenty czerwonego ubioru. Wyglądało na to, ze ludzie byli szczęśliwi. Patrząc w zaciekawieniu na miasto, usłyszałem pukanie do drzwi mojego pokoju. Szybko otworzyłem. Stał w nich mój anioł stróż lejtnant Wania Dunin. Na jego widok bardzo się ucieszyłem. Zaprosiłem go do środka i kazałem usiąść. Nalałem po kieliszku „moskowskoj”.
Wania sięgnął po raportówkę. Wydobył z niej list.
– To od pułkownika. Kazał mi niezwłocznie Ci doręczyć.
Przeczuwałem, że to dobra wieść. Ręce mi się trzęsły gdy otwierałem kopertę. Wania to zauważył i zapytał:
– A Ty co, chory?
– Nie, to tylko z wrażenia, myślę, że tu wewnątrz znajduje się moja nadzieja na szczęście.

Tak jak przeczuwałem, zawartością listu był „żelazny dokument” z pieczątką Najwyższego Komisariatu i z podpisem najwyższego komisarza. Z radości uścisnąłem i ucałowałem kolegę. On wspominając Daszę nie mniej cieszył się razem ze mną. Pierwszy wzniósł toast za wolność Daszy. Gdy mu się zwierzyłem z zawartości tajemniczej teczki, był też pod wrażeniem szczęścia. Życzył mi jak najrychlejszego spotkania ze swoją miłością. Przed pożegnaniem zostawił mnie swój moskiewski adres. Miał także nadzieję, że niedługo połączę się z Daszą i zapraszał nas w odwiedziny i poznania jego rodziny. Zwierzył mi się, że tak pięknej i miłej dziewczyny jak Dasza jeszcze nie spotkał. Czułem się dumnym od takich pochwał.

Święto obchodów rewolucji trwało trzy dni.

Sergiusz Jackowski

Drukuj artykuł Drukuj artykuł

Komentarz wyraża opinie wyłącznie jego autora. Redakcja portalu sycowice.net nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.

Skomentuj artykuł

Nasz serwis wykorzystuje pliki "cookie". W przypadku braku zgody prosimy opuœścić stronę lub zablokować możliwośœć zapisywania plików "cookie" w ustawieniach przeglądarki.