Drukuj artykuł Drukuj artykuł

Wigilia z pułkownikiem – część 11

Druga wojna światowa

źródło zdjęcia: sxc.hu

II WOJNA ŚWIATOWA
Czas płynął. Bez problemów kierowałem uczelnią. Termin na wakacje do Moskwy był już ustalony. Dasza miała wiele problemów w wyborze odpowiedniego ubioru w tak ważną gościnę. Dzieci z niecierpliwością oczekiwały na zwiedzenie Moskwy.

Nagle, jak grom z jasnego nieba spadła na nas groźna wiadomość o niemieckiej agresji na Rosję. Wszelkie plany odwiedzin zostały pogrzebane. Na twarzy Daszy pojawił się wielki smutek i trwoga. Niemiecka armia błyskawicznie przeszła przez tereny pogranicza. Front załamał się na wielu odcinkach. Po dwóch miesiącach trwały już walki w obronie Moskwy. Cała Rosja była przerażona, słuchając komunikatów w radio, o bestialskich czynach niemieckiej armii na narodzie rosyjskim. Otrzymałem depeszę z Moskwy, by natychmiast zamknąć uczelnię i stawić się w Wojenkomacie (Wojennym Komitecie) w Stalingradzie. Po raz drugi i niestety jak się później okazało ostatni, pożegnałem się z Daszą i dziećmi. Opuszczałem rodzinne gniazdo wpatrzony w cierpiącą twarz żony i w zapłakane oczy moich dzieci. Przeczuwałem, że przeklęta wojna rozdziela nas na zawsze. Na pożegnanie zjawił się także nasz życzliwy sąsiad Wołodia Kurpienko. Wziął Daszę pod ramię, by mnie uwolnić od jej rozpaczliwego objęcia. Zlękniony syn objął moje nogi i prosił:
– Tatusiu, wracaj szybko, bo bez ciebie nas Niemcy zabiją.

Odjeżdżałem od nich na zawsze, czułem to i na pierwszym zakręcie, gdy wysoki dom zasłonił moją rodzinę, rozpłakałem się jak osierocone dziecko. Kierowca zatrzymał samochód i mnie uspokajał:
– Towarzyszu pułkowniku, tak nie przystoi, wszystko przed nami. Niemców rozgromimy i szczęśliwie wrócimy do domu.

W Stalingradzie otrzymałem polecenie, by organizować pułk artylerii. Przybywali do mnie z różnych syberyjskich republik starsi i bardzo młodzi ludzie. Zza Uralu przychodziły transporty z uzbrojeniem jak: czołgi, działa, katiusze, różna broń zmechanizowana, samochody ciężarowe, skrzynie z pociskami dla dział i moździerzy oraz różne, lżejsze uzbrojenie i amunicja. Na stacji kolejowej w Stalingradzie przez całą dobę, każdego dnia, trwał ożywiony ruch. Byłem pewny, że tu rozegra się decydująca bitwa z niemieckim agresorem. Nadzorowałem rozładunek broni. Wierzyłem, że tak wielkie ilości potężnej broni, wyprodukowanej przez naród rosyjski, powstrzyma dalszą agresję wroga na wschód. Oglądałem rozpaczliwe sceny. Na peronach stacji kolejowej żegnano transporty bardzo młodych dziewcząt. Odjeżdżały one za Ural do fabryk zbrojeniowych. Żegnali ich dziadkowie i ojcowie kalecy o kulach. Matki z tobołkami w rękach zalewały się łzami. Splecione ręce w oknach wagonów żegnających i odjeżdżających rozrywał ruszający pociąg. Tak właśnie dziewczęta poświęcały swoją młodość w obronie własnej Ojczyzny. W tym czasie, w obronie ich życia, ginęli pod Charkowem ojcowie, mężowie i narzeczeni. Bezustannie nadchodzące transporty z bronią, w powrotną drogę zabierały następną, dorastającą młodzież. Ze stacji, broń natychmiast transportowano na rozległe pozycje obronne. Byłem zdruzgotany psychicznie, kiedy usłyszałem zatrważającą wiadomość w komunikacie przez radio:
“Przemysłowe miasto Charków zostało zbombardowane przez niemieckich zaborców. Naród tego kilkumilionowego miasta przeżywa tragedię. Wzywamy cały radziecki naród, by z poświęceniem bronić ojczyzny przed zagładą od hitlerowskich wojsk. Cała Rosja pogrążona w żałobie oczekuje waszego bohaterstwa. Śmierć niemieckim zaborcom”!

Mijały dni. Od dnia bombardowania Charkowa nie otrzymałem od Daszy ani jednego listu. Z dnia na dzień pogrążała mnie głęboka rozpacz. Nie pamiętałem co czyniłem i jakie wydawałem rozkazy. U niemieckich wojsk coraz bardziej malało tempo natarcia. To dlatego, że nasz front był coraz bardziej wyposażany w większe ilości nowoczesnej broni. Pomimo dużych strat wróg nie rezygnował Parł dalej na wschód. Spod silnie broniącej się Moskwy dużą część swoich wojsk skierował na południe, by zdobyć główny przemysł Rosji. i strategiczne miasto Stalingrad. Najsłynniejsza armia niemiecka zdobywała miasta na południu Rosji i podążała nad Wołgę. Władza na Kremlu panikowała. W radiu usłyszeliśmy komunikat samego Stalina:
“Drodzy żołnierze sierżanty i oficerowie! Rosja umiera! Cofać się już nie mamy gdzie! To tylko od Was zależy, by powstrzymać niemiecką agresję i rozbić bezwzględnego, hitlerowskiego zaborcę! Pokażcie światu kim jest rosyjski naród! Nie dajcie się zhańbić siebie i swojej Ojczyzny! Rozkazuję więc: Dalej ani kroku wstecz!”

Tego żelaznego rozkazu musiał przestrzegać każdy frontowy dowódca. Stalingrad bronił się przez sześć miesięcy. Masowy ogień kierowano na najważniejsze punkty natarcia wroga. Najsłynniejsza niemiecka armia zmuszona była uklęknąć nad Wołgą. Nad królową europejskich rzek, o której od wielu wieków śpiewał rosyjski naród. Do niewoli trafiło wielu słynnych generałów. Między nimi feldmarszałek wojsk pancernych Paulus.

Stalingrad oszalał ze zwycięstwa. Ogromna radość nie miała końca po pogrzebaniu faszystowskiego hasła „Drang nach Osten”.

Po zwycięskiej bitwie jechałem z raportem do sztabu armii. Mijałem niekończące się szeregi pędzonych jeńców. Tak bojowa armia po pogromie pod Stalingradem wyglądała nad podziw żałośnie. Zniszczyła ją sroga, rosyjska zima i hart ducha rosyjskich żołnierzy w obronie swojej Ojczyzny.

Od Stalingradu Armia Czerwona zmieniła kurs o 180 stopni. Podążaliśmy na zachód. Po kolei wyzwalaliśmy miasta. Pod Charkowem znów trwały zacięte walki. Po dużych stratach wróg cofał się na zachód. Z entuzjazmem witano nas w ruinach miasta jako bohaterskich wyzwolicieli. Gdy dojeżdżałem do dzielnicy, w której mieszkałem opanowała mnie trwoga i przerażenie. Zamiast pięknych ulic i domów oglądałem same dymiące ruiny. Na nie odgruzowanych ulicach przejazd był wielce utrudniony. Zatrzymałem się przy swojej uczelni. Była nienaruszona. Wewnątrz i na zewnątrz uczelni panował wzmożony ruch. Zrozumiałem, że ten budynek był zajęty przez poszkodowanych ludzi, których domy zostały zbombardowane. Gdy ruszałem z miejsca, kierując się w stronę mojego domu podbiegł do mnie mój sąsiad Wołodia Kurpienko, który dostrzegł mnie z daleka. Gdy się zbliżał, zauważyłem, że mu brakuje prawej ręki. Przywitał się ze mną i z żalem powiedział:
-Towarzyszu pułkowniku, wasza rodzina nie przeżyła bombardowania.

Po tych słowach przeżyłem szok, który nie da się opowiedzieć. Kiedy uniosłem głowę Wołodia opowiadał dalej…
– Moja żona też zginęła pod gruzami. Mnie służby ratownicze wyciągnęły z rumowiska, gdyż po nalocie głośno wzywałem pomocy. Zabrano mnie do szpitala na drugą dzielnicę, gdzie było mniej rannych. Tam amputowano mi rękę. Po dwóch tygodniach, gdy rana po amputacji zagoiła się, to szukałem żony w gruzach. Po następnych dwóch o jednej ręce, odkopałem ją. Inni robili to samo, szukając najbliższych pod gruzami. Nie słyszałem żeby z Twojej rodziny pozostał ktoś żywy. Z całej naszej dzielnicy do tej pory wiele ofiar pozostało jeszcze pod gruzami.

Zabrałem Wołodię do samochodu. Przyjechaliśmy na miejsce tragedii mojej rodziny i jego żony. Opłakując rodzinę, obszedłem z sąsiadem ruiny, gdzie znajdowało się moje mieszkanie. Blok ten musiał być zburzony przez ogromną bombę. Ze wszystkich kondygnacji została tylko góra gruzów. Cały się trząsłem. Nogi pode mną się uginały. Chciało się upaść. . Stałem nad olbrzymim grobem mojej rodziny, a także i nad ofiarami sąsiednich mieszkań, których nie zdołano ręcznie odkopać. Nie miałem możliwości zobaczyć szczątków swoich najdroższych i pochować jak ludzi. Tam w Charkowie, gdzie zaczynało się moje szczęście razem z moją rodziną cała moja przyszłość umarła na zawsze. Moja, wielka miłość rodzinna pozostała tylko na co dzień głęboko w mojej pamięci. Tam w tym tragicznym miejscu przysięgałem zemstę za rodzinę i za Ojczyznę. Zabrałem sąsiada z powrotem i zawiozłem pod uczelnię. Przed pożegnaniem dałem mu swój polowy adres i prosiłem go, żeby dopilnował odgruzowania mojego domu i gdyby znalazły się szczątki mojej rodziny, dopilnował ich pochówku. Prosiłem także, by po odgruzowaniu koniecznie napisał do mnie list.

W dalszych walkach ponosiliśmy duże straty, ale wróg niezmiernie większe. Podczas parcia na zachód pozostał w pamięci obraz zniszczonej i wygłodniałej Rosji. Niemiecka armia także na Białorusi pozostawiła ogromne zniszczenia i ludzkie cierpienia. Miasta leżały w gruzach. Wioski spalone, a po drewnianych domach krytych słomą i gontem, pozostały tylko osmalone piece z kominami. W końcu jednej ze spalonych wsi, przy drodze stała staruszka z dziewczynką i chłopakiem. Przypominały wzrost i wiek moich dzieci. Kazałem zatrzymać samochód. Patrzyłem na ich nędzny wygląd. Wysiadłem z samochodu i podszedłem do nich. Wyobraziłem sobie, że to moje dzieci. Z tęsknoty za nimi uściskałem je i całowałem. Kazałem kierowcy zostawić cały posiadany prowiant. Babcia uklękła i dziękowała mi. Wychwalała mnie pod niebiosa. Dzieci wpatrzone we mnie mocno przyciskały do siebie torby z prowiantem. W głębi za nimi stała dziwna buda. Po spalonej chacie pozostał piec z kominem. Był wokół obciągnięty płótnem ze spadochronu. Przy niej stał dziadek w łapciach. Nogi miał również owinięte tym samym płótnem aż do kolan. Z rozmowy z dziadkiem dowiedziałem się, że wieś do ruiny doprowadzili Niemcy w zemście za współpracę z partyzantką. Wielu wymordowali. Pozabijali i pozabierali inwentarz. Pozostałych ludzi przy życiu zostawili w głodzie i nędzy.

W każdych walkach moja chęć zemsty potęgowała się. Na terenach Polski zadawaliśmy dla wroga bolesne ciosy. Dotarliśmy do Warszawy. Nad Wisłą czekaliśmy na rozstrzygnięcie powstania. W tym czasie od Wołodi Kurpienki otrzymałem list. Donosił w nim, że podczas odgruzowania Charkowa nikogo nie dopuszczano w rejon prac odgruzowywania miasta ciężkim sprzętem. Gruz wywożono daleko poza miasto.

Tak oto mój bezcenny skarb życia wywieziono na charkowski śmietnik.

Po klęsce powstania wyzwoliliśmy Warszawę. Po dwóch tygodniach dotarliśmy na niemieckie tereny. W walce o zdobywanie umocnień koło Mezeritc ( Międzyrzecz) zostałem ranny odłamkiem artyleryjskiego pocisku.

Pułkownik z żalu rozczulony alkoholem podwinął mundur i pokazał bliznę na prawym boku.
-Niewiele brakowało, a bym z wami tu nie rozmawiał. W szpitalu, w Międzyrzeczu leczyli mnie wojskowi lekarze przez trzy tygodnie. Zdążyłem jeszcze na front, by stoczyć ostatni bój o Berlin.

Tuż po zwycięstwie, na drugi dzień otrzymałem list. Po przeczytaniu adresu nadawcy przeczuwałem, że otrzymam następny bolesny cios w swoim życiu. List był z Czelabińska, ale charakter pisma nie był mojej siostry. Koleżanka opisała chorobę i śmierć ostatniego członka mojej rodziny. Po następnej, tragicznej wiadomości całkowicie się załamałem. Po Berlinie rozlegały się rosyjskie, zwycięskie, wojenne piosenki. Ja w rozpaczy usiadłem przed dużym gmachem na pokaleczone schody.

Myślałem, co teraz ze mną będzie? Do kogo mam wracać? Gdzie będzie mój dom? Czy teraz warto mi żyć?

Po kilkudniowym odpoczynku po wojnie uzupełnialiśmy dywizję artylerii. Różne niedobitki z wielu oddziałów dołączano do naszej jednostki. Gdy dywizja była uzupełniona, opuściliśmy Berlin. Na dłuższy pobyt wyznaczono nam tereny, na których teraz jesteśmy. Gdy tylko znalazłem się na Waszej kwaterze, napisałem list do Moskwy do Jermołowa. Pomyślałem sobie, że jego na pewno nie ma w domu, a żona jego na pewno mi odpisze. Po miesiącu otrzymałem list od samego Jermołowa, w którym donosił mi, że jest na wojennej rencie inwalidzkiej. Żyje spokojnie w Moskwie ze swoją rodziną. Tylko jego prawą nogę zastąpiła proteza. Nogę utracił od odłamka bomby lotniczej pod Czernihowem. Awans na generała otrzymał po wizytacji naszej uczelni, w ostatniej, przedwojennej rocznicy rewolucji. Zaprosił mnie do siebie na spędzenie powojennego urlopu. W liście, ze wzruszeniem pisał, że bardzo przeżywa tragedię mojej rodziny. Podtrzymywał mnie na duchu, bym się za bardzo nie udręczał. Obiecał mnie wszechstronną pomoc, łącznie z załatwieniem mieszkania w Moskwie. Zakończenie listu przyjaciela było dla mnie kolejnym bolesnym ciosem. Jermołow z ubolewaniem donosił, że nasz wspólny przyjaciel Wania Dunin w randze pułkownika zginął o krok od zwycięstwa na niemieckich terenach pod Ziebingen (Cybinka). Odpisałem przyjacielowi, że z nadejściem wiosny pojawię się w Moskwie.

Sergiusz Jackowski

Drukuj artykuł Drukuj artykuł

Komentarz wyraża opinie wyłącznie jego autora. Redakcja portalu sycowice.net nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.

Skomentuj artykuł

Nasz serwis wykorzystuje pliki "cookie". W przypadku braku zgody prosimy opuœścić stronę lub zablokować możliwośœć zapisywania plików "cookie" w ustawieniach przeglądarki.