Drukuj artykuł Drukuj artykuł

Na północny wschód od Moskwy – część 3

Rosjanie

źródło zdjęcia: sxc.hu

Porównajmy opis sytuacji jaka panowała w tym czasie w specposiołku Nianda /przyp. autora/.

„2 III 1940 przywieziono do Niandy około 327 Polaków, przeważnie osadników wojskowych i leśników z zajętych we IX 1939 ziem Rzeczpospolitej, głównie z Wołynia i Polesia.

Wszyscy oni byli aresztowani o świcie 10 II 1940 przez grupki złożone zawsze z 1-2 żołnierzy NKWD i kilku miejscowych Żydów i/lub Ukraińców. Wszyscy byli uzbrojeni. Kazano się ubierać i zbierać rzeczy. Nie mówiono dokąd się wywozi, jednak przeważnie doradzano wziąć jak najwięcej ciepłych ubiorów. Zazwyczaj doradzał NKWD-zista, który z reguły zachowywał się lepiej aniżeli miejscowi strażnicy.

Do punktów zbiorczych na stacjach kolejowych wieziono ludzi furmankami pod konwojem. Później przewieziono ich (z przesiadką na dawnej granicy do wagonów o szerszym rozstępie kół) bydlęcymi wagonami do Kotłasu (podróż trwała od 2,5 do 5 tygodni), gdzie był przejściowy obóz dla zesłańców i jednocześnie kończyła się tam kolej.

Część ludzi bezpośrednio ładowano z pociągów na konne sanie, a część oczekiwała na przewóz w obozie. Podróż do Niandy, po lodzie rzeki Wyczegdy lub drogą wzdłuż niej trwała dwa lub trzy dni.

Zesłańców kwaterowano w barakach budowanych z okrąglaków, o centralnym korytarzu po obu stronach którego było po 6 izb, każda zasiedlana przez jedną rodzinę. W izbach były już piętrowe prycze i sienniki słomiane.

Wszyscy powyżej 15 lat szli do przymusowej pracy przy wyrębie lasu, a młodsze dzieci do miejscowej szkoły podstawowej. Praca trwała od świtu do zmierzchu przez cały tydzień z wyjątkiem wolnych niedziel. Tylko pojedyncze osoby wśród Polaków dostały od razu lżejszą pracę poza wyrębem, np. w piekarni.

Wyżywienie opierało się na przydziale chleba, poza tym innych przydziałów w tym czasie prawie nie było (patrz uwagi w rozdziale o warunkach życia). W stołówce można było sporadycznie kupić zupę rybną.

Każda rodzina dostała też kawałek wyciętej tajgi z przeznaczeniem na uprawę roślin, z tym że trzeba ją było wykarczować w wolnym czasie (tzn. w niedzielę). W praktyce było to możliwe tylko w rodzinach, gdzie byli dorośli mężczyźni lub starsi chłopcy. Nasiona trzeba było „załatwić” samemu. Cała rzecz okazała się perfidnym oszustwem, gdyż po wykarczowaniu i oczyszczeniu pola po dwóch sezonach upraw ziemię zabrał kołchoz. W ten sposób kołchoz zyskiwał nowe grunty, łudząc głodujących ludzi by karczowali ziemię z nadzieją na plony, a następnie zabierając już gotowe działki.

Dopuszczano trzymanie przez zesłańców kozy, jednak trzeba było ją prywatnie kupić i zdobyć paszę. Zbierane przez niepracujące dzieci jagody, grzyby, ryby sprzedawano na targu. Wymieniano także odzież przywiezioną z Polski na żywność, zwłaszcza u rodzin żołnierzy NKWD.

W 1941 można już było otrzymywać paczki od rodzin i trzeba przyznać, że ówczesny komendant Niandy, w odróżnieniu od wielu innych, paczki kontrolował, ale nie okradał. Niestety wraz z wybuchem wojny z Niemcami i zajęciem sowieckiej strefy okupacyjnej Polski, dopływ paczek ustał.

Parę miesięcy po zawarciu układu Sikorskiego (czyli po VII 1941) zaczęły do ludności polskiej docierać paczki UNRA, zawierające bezcenne produkty żywnościowe i odzież. Poprawiło to znacznie położenie Polaków. Pomoc ta ustała parę miesięcy po wyjściu armii Andersa.

W VIII 1941 w związku z „amnestią” można było opuścić wieś. W odróżnieniu od innych miejscowości, gdzie trzeba było iść piechotą albo zbudować łódź, tutaj wyjeżdżano pociągiem do Kotłasu i dalej. Trzeba było jednak mieć pieniądze na bilety”

Kiedyś spacerowałem z kolegami po Syktywkarze i z megafonów ulicznych dowiedziałem się , że  generał Berling tworzy  Polską Armię. Wielu Polaków zaciągnęło się do tego wojska. Nastąpiło wtedy pewne rozluźnienie i mieliśmy więcej swobody.

Pamiętam, że jesienią 1944 roku wojska niemieckie zaczęły wycofywać się przed Armią Czerwoną , a my pociągami zaczęliśmy przemieszczać się na zachód. Mieliśmy stosowne dokumenty i w ten sposób dotarliśmy na Ukrainę.

Był to następny etap naszej wędrówki do Polski na którym spędziliśmy dwa lata. Tutaj z kolei zamiast ogromnych lasów były bardzo urodzajne pola, jak okiem sięgnąć wszędzie równiny, a na nich pszenica i buraki. Szczególnie rzucały się w oczy ogromne plantacje buraków cukrowych i słoneczników.

Trudno mi ocenić odległość, ale był to rejon sąsiadujący z Kurskiem, a w każdym bądź razie ze strefą działań wojennych tej największej bitwy pancernej II Wojny Światowej. Wszystko było totalnie zniszczone i ludziom żyło się niezwykle trudno. Należy ponadto mieć świadomość, że nie było mężczyzn, a wszystkie prace wykonywały kobiety.

Cały czas trwał nabór do Polskiego Wojska, a my jako dzieci odprowadzaliśmy na stację kolejową chłopaków którzy jechali na front. Pewnego razu kiedy przechodziliśmy przez most który zrobiony był na palach, wjechał na niego bardzo duży i ciężki ciągnik i  most się zawalił.

Spadając w bagna złamałem nogę i nawet tego nie poczułem. Kiedy usiłowałem wstać zauważyłem, że noga jest „ruchoma”. Przejeżdżał akurat tamtędy dyrektor pobliskiego sowchozu który widział całą sytuację. Natychmiast dał polecenie aby „tego Polaka” odwieźć do szpitala. W szpitalu leżeli frontowi żołnierze bez nóg, bez rąk i z ciężkimi ranami.

Po zrośnięciu się nogi nie chodziłem do szkoły bo szkół nie było i nie miałem wtedy specjalnego zajęcia.  Jedyną rzeczą którą się wtedy zajmowałem,  były drobne kradzieże głównie na polach: ziemniaki, warzywa i owoce rosnące w pięknych carskich sadach. Kradli wszyscy i wszystko, a głównie to co było przydatne do jedzenia… .

Pamiętam, że dwie siostry pracowały w magazynie żywnościowym, a trzecia gdzieś służyła. W tym magazynie wielu ludzi zajmowało się mieleniem zboża na małych młynkach, bo młyna nigdzie nie było. Jeśli Polacy niczego nie kradli, to Rosjanie cichcem wciskali im do kieszeni jakieś produkty po to, aby „wszyscy mieli po równo”… . Najczęściej było to zboże które siostry po przyniesieniu do domu mieliły małym młynkiem i piekły z tego jakieś placki.

Drugim takim podstawowym produktem spożywczym były kartofle które Rosjanie bardzo lubili twierdząc, że są bardzo zdrowe i pożywne bo zawierają dużo skrobi. A czy były…? Tak, ale na kołchozowych polach… . Herbaty oczywiście nikt nie uświadczył, a zastępowała ją jakaś mieszanka zbóż imitująca kawę.

Miałem wielu ruskich kolegów z którymi spędzałem dużo wolnego czasu. Młodzież zbierała się codziennie i pięknie śpiewała „czastuszki”. Była też harmoszka, ale nie było żadnego poczęstunku jak to jest dzisiaj, bo po prostu nie było z czego.

Ludzie nie pędzili bimbru, a jeśli ktoś coś „zorganizował”  to lepiej było upiec chleb czy placek, a kartofle rozsądniej było po prostu zjeść. W sklepach oczywiście również nie było żadnego alkoholu i panowała jedna zasada „wsio dla pabiedy”, czyli wszystko dla zwycięstwa, czyli  na front! Taka sytuacja trwała, aż do początku 1946 roku.

Sowieci doskonale orientowali się w sytuacji politycznej, wiedzieli, że nas Polaków będą przesiedlać na ziemie poniemieckie. Wkrótce i my podjęliśmy decyzję o powrocie do kraju.

Przed wyjazdem do Polski dyrektor sowchozu zaopatrzył Polaków w mięso byków pochodzących z Niemiec, mówił, że „na drogę trzeba mieć własne zaopatrzenie”. Dobry to był chłop i Polakom życzliwy, przynajmniej ja jako dziecko takiego go zapamiętałem.

Zaprzyjaźniliśmy się przez te dwa lata z Rosjanami i w czasie naszego wyjazdu polało się wiele łez. Trudno może w to uwierzyć, ale prości Rosjanie za nami płakali. Niektórzy zostali, szczególnie kobiety które wyszły za mąż za Rosjan.

W pociągu którym jechaliśmy cały miesiąc, były w wagonach piecyki, takie „kozy”, na których mogliśmy sobie gotować posiłki i tak w marcu roku 1946 po blisko miesięcznej podróży, z licznymi postojami w polu i na bocznicach, dojechaliśmy do Krosna Odrzańskiego do lokalnego PURu. Pamiętam, że wszędzie było tam mnóstwo wojska.

Zgłosił się  po nas  Wasilewski z Będowa który służył tu u Niemca i zabrał ze sobą na swój wóz wszystkie siedem rodzin które przyjechały pociągiem. Był to bardzo dobry człowiek, który później został Sołtysem. Prosił on, aby każdy zaorał chociaż z pół hektara ziemi i coś zasiał aby mieć ziarno i ziemniaki na własne potrzeby.

Domy można było wybierać jakie kto chciał. Ja cały czas byłem z siostrami. Nie mieliśmy koni, ale pola były obsiane bo siostry chodziły „na odrobek” za usługi wykonane przez gospodarzy którzy konie mieli. Po zasiedleniu się poszedłem do szkoły i zacząłem naukę  od trzeciej klasy.

Po skończeniu czwartej zabrano mnie do Krakowa do pracy w szeregach Służby Polsce. Przez dwa i pół miesiąca budowałem Nową Hutę w podkrakowskiej wsi która nazywała się Mogiła. Było nas tam ze czterdzieści tysięcy. Praca była ciężka, bo koparek ani innego ciężkiego sprzętu wtedy nie było, wszystko trzeba było kopać szpadlami.

Oczywiście nikt nie dostawał za swoją pracę jakiegokolwiek wynagrodzenia, ale Polska była wtedy biedna i my to rozumieliśmy. Dostawaliśmy tylko medale i dość dobre jedzenie. Po pracy w SP powołany zostałem do wojska i służyłem we Wrocławiu  przy ochronie lotniska.

Okres wojny wyeliminował mnie z uczęszczania do szkół i niestety w związku z tym nie miałem żadnego wykształcenia.  Po odbyciu służby wojskowej pracowałem w więziennictwie w Zielonej Górze gdzie wypracowałem sobie przyzwoitą emeryturę.

Pamiętam, że kilkanaście lat po wojnie, do domu gdzie dzisiaj mieszka Sołtys przyjechało kilkoro Niemców. Była między nimi kobieta która  w tym domu mieszkała przed wojną i w czasie wojny. Wspominała, że właśnie mieli jeść obiad, kiedy weszli Rosjanie i kazali im się natychmiast wynosić. Cała rodzina obiadu już nie zjadła… .

Podszedłem do niej i chciałem podać rękę, ale ona tego gestu nie odwzajemniła. Popatrzyła na mnie z wyższością zwracając się do swoich, że tutaj mieszkają teraz jacyś prości, niewykształceni ludzie zza Buga… .

Z czasem siostry powychodziły za mąż i porozchodziły się po świecie. Dwie z nich wyjechały za Wrocław do pracy w zakładach włókienniczych, dwie pozostały w Będowie, obecnie żadna z nich już nie żyje.

Żyję sobie w domu w którym mieszka moja córka i mam dużo wolnego czasu.  Lubię pojeździć rowerem po okolicznych wsiach, odwiedzić kolegów czy pogadać z ludźmi, lubię też powspominać stare czasy i opowiadać o zdarzeniach, o których młodym ludziom nawet się nie śniło.

materiały źródłowe:

  • Karta tom 18,
  • Nianda Internet

 

KONIEC

 Cezary Woch

Drukuj artykuł Drukuj artykuł

Jeden komentarz do artykułu “Na północny wschód od Moskwy – część 3”

  1. sergiusz

    Wspomnienia Alojzego Rogowskiego

    Są to wspomnienia bardzo cenne dla obecnych pokoleń. Nie każdy docenia dramaty i tragedie swoich Przodków. Nie każdy jest zainteresowany historią przeszłych dziejów. Po publikacji w internecie wspomnień Alojzego Rogowskiego brakuje komentarzy na temat dramatów i tragedii naszych Przodków. Wielu tych wspomnień o dramatycznych przeżyciach minionych dziejów możemy zawdzięczać Panu Cezaremu, który nie uchyla się także od pracy społecznej w trosce o swoich mieszkańców. Być może nie każdy ma pojęcie ile On poświęcił się dla społeczeństwa jako redaktor, by opracować opowiadania pana Rogowskiego i nie tylko, a także zainteresował się moimi wspomnieniami w internecie, by dzieje polskości pamiętały obecne i przyszłe pokolenia. Po zapoznaniu się zemną ofiarnie służył pomocą wydania mojej „książki wspomnień” i wielce się przysłużył mojemu „wieczoru autorskiemu”. Dzięki Niemu i jego komentarzom w internecie moja książka wielce zainteresowała czytelników. Wielce Mu za to dziękuję. Dziękuję bardzo także panu Alojzemu Rogowskiemu, za potwierdzenie mojej oceny, że mimo dramatów i tragedii doznawanych przez władze rosyjskie, był bardzo wdzięczny dla zwykłego narodu rosyjskiego, który z przyjaźni i ze łzami w oczach żegnali się z Polakami. A zauroczone dziewczyny rosyjską miłością chłopaków pozostały tam na zawsze. Wielka szkoda, że politycy Słowian nie potrafiły zjednoczyć korzeni: Lecha, Rosa i Czecha. Winna jest tylko władza tych plemion, że nie ubiegała się o godne i silne, Zjednoczone Państwa Słowiańskie.
    Pana Alojzego Rogowskiego, który w SP budował Nową Hutę a ja w tym czasie budowałem Elektrownię Jaworzno zapraszam do siebie na wspomnienia dawnych dziejów i na prezent mojej książki.
    Wszystkich mieszkańców Sycowic i gminy Czerwieńsk serdecznie pozdrawiam.
    Sergiusz

Komentarz wyraża opinie wyłącznie jego autora. Redakcja portalu sycowice.net nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.

Skomentuj artykuł

Nasz serwis wykorzystuje pliki "cookie". W przypadku braku zgody prosimy opuœścić stronę lub zablokować możliwośœć zapisywania plików "cookie" w ustawieniach przeglądarki.