Drukuj artykuł Drukuj artykuł

Dla Niemców byłem CZŁOWIEKIEM!

Niemcy

źródło zdjęcia: Cezary Woch

Tadeusz Mirkiewicz – część 1

Może sobie mówić kto co chce, ale dla mnie życie w przedwojennej Polsce było niezwykle trudne i upokarzające. Na robotach przymusowych w Niemczech traktowany byłem bardzo dobrze, po prostu jak człowiek.  Miałem wszystko, oprócz wolności… . Połowa lipca 2011 roku. Podła Góra.

Nazywam się Tadeusz Mirkiewicz i urodziłem się w 16 grudnia 1923 roku w powiecie konińskim w gminie Stare Miasto we wsi  Karsy. Była to miejscowość położona około 8 kilometrów od Konina w kierunku na Kalisz. Kiedyś było to województwo łódzkie, ale później przyłączono nas do poznańskiego. Mam 88 lat i dobrą pamięć, a z dzieciństwa i mojej młodości pamiętam prawie wszystko.

Moi Rodzice mieli półtorej morgi i szukali pracy. Na wiosnę wyruszali do dziedzica gdzie matka była kucharką i przygotowywała ludziom posiłki. Jako dziecko zawsze mnie tam zabierali, a ja wynajdywałem sobie różne zabawy. Pomimo, że matka pracowała w kuchni nic na tym nie korzystałem, bo zawsze dostawałem maślankę i kartofle. O mięsie nie mogło być nawet mowy…

Od Strzałkowa na zachód były ziemie zaboru pruskiego, a na wschód podlegaliśmy pod tych cholernych moskali. Przykro to powiedzieć, ale przed wojną przynajmniej w moich stronach to był jedynie smród, bród i ubóstwo.

Jedyną utwardzoną drogą była szosa na Kalisz, a reszta to drogi gruntowe, głównie piaszczyste. Ziemie były różne, trochę gliny, trochę piachu, ludzie mieli gospodarki też różne, od kilku do kilkuset mórg, ale to głównie dziedzice.

Lokalne władze zaczęły budowę drogi w kierunku Starego Miasta, ale nie miały pieniędzy więc płacono robotnikom śrutowanym żytem. We wszystkie nierówności na tej drodze nawieziono gliny i to był cały „asfalt” jak było sucho. Po opadach deszczu robiło się takie błoto, że koń nie mógł uciągnąć wozu… . Nigdzie nie było „światła”, nie było pracy  i w ogóle nic nie było… .

W pobliżu w miejscowości Żychlin był majątek ziemski w którym „robiła” okoliczna biedota. Część biedoty na wiosnę wyjeżdżała w poznańskie do pracy w majątkach ziemskich u dziedziców. Nieważne kto ile miał mórg, czy 20 czy 40 czy jak dziedzice więcej, ale właściciele ziemscy nikogo nie rozpieszczali. Za całoroczną pracę od świtu do zmierzchu, a zegarków wtedy nie było, biedota dostawała 100 złotych. Zanim słońce wzeszło, ile to już trzeba było przewiać zboża i tak dzień w dzień… .

A jakie były warunki? Cały dzień praca często ponad siły, a noc w oborze lub stajni przy krowach lub koniach na drewnianej pryczy z narzuconą  słomą. Do przykrycia służył mi jakiś stary koc i tak to wyglądało… .

Rano śniadanie: trochę barszczu z kartoflami i kawałek chleba, w południe jakiś kapuśniak, a na wieczór polewka: zagotowane zsiadłe mleko zagęszczone mąką podawane z kartoflami. Niech sobie nikt nie myśli, że do tych posiłków zasiadałem razem z gospodarzami, o nie, moim miejscem był podokienny parapet… .

W zaborze pruskim który zaczynał się już za Strzałkowem zamiast polewki robiono zacierkę na mleku co było bardziej pożywne. W niedzielę odrobina mięsa ale tylko tyle co do oblizania, na przykład kawałek szyjki albo skrzydełko… . Trzeba przyznać, że jak na takie warunki ludzie byli bardzo wytrzymali.

W czasie żniw więksi gospodarze i dziedzice zupełnie wyjątkowo płacili 5 złotych dziennie dla pary robotników i trochę jedzenia. Za pięć złotych można było kupić na przykład parkę  prosiąt. Nie kosiło się samemu, ale  żniwowało jeden za drugim dziesięciu czy dwudziestu kosiarzy z podbieraczkami i nikt nie mógł się opuszczać w robocie. Było to bardzo wyczerpujące. Na czele kosił przodownik, a reszta za nim.

W 1937 roku na wiosnę przyszedł do mnie gospodarz z naszej miejscowości i zaproponował mi pracę przy pasieniu krów razem ze starym dziadkiem. Oczywiście zgodziłem się na to, ale wkrótce uznał, że do pasienia krów się nie nadaję, bo mogę usnąć i zaproponował mi pracę z końmi bo wtedy nie usnę… .

Miał cztery konie którymi orałem od rana do wieczora. W południe gospodarz dostarczał mi wypoczętą parę koni i przywoził obiad. Była to najczęściej marchew i kartofle, albo kapusta i kartofle z minimalną ilością tłuszczu.

Miałem dwa małe pieski którym w świeżo zaoranej roli robiłem dwa zagłębienia i dzieliłem się z nimi swoim posiłkiem. Pieski były tłuste jak wałki bo cały dzień chodziły za mną i wybierały wyorywane myszy.

Gospodarz chociaż ziemie miał dobre był skąpy i wredny, mnie nieraz traktował gorzej niż psa, a starzy ludzie mówili, że szkoda, że go święta ziemia nosi…. . Nawet koniom żałował jedzenia, a jak pojechałem na szarwark, to konie nie mogły uciągnąć wozu z piachem… . Nic dziwnego, bo  karmił je rżniętym ostem i mówił jeszcze, że to najzdrowsze… . Nie pracowałem u niego długo, bo od końca kwietnia 1937 do nowego roku.

Na Kujawach byli dobrzy gospodarze i kto tam trafił to nie narzekał. Na miesiąc płacili 25 złotych, a jak kto doił krowy to i trzydzieści, a życie też było całkiem inne, ale tam panował porządek niemiecki. Na wschodzie pod ruskim zaborem była bieda i opuszczenie, ani „światła” ani dróg, liczne rodziny na kupie, żadnej pracy i żadnych perspektyw. Tak żyłem w przedwojennej Polsce, a „pożyłem” dopiero w 1940 kiedy trafiłem do Niemiec jako robotnik przymusowy. A było to tak.

Kiedy byli już u nas Niemcy, na początku roku 1940 brat Jana Klimka ochotniczo zgłosił się na roboty do Niemiec. Wkrótce zaczął przysyłać do swojej matki zdjęcia i listy w których pisał, że jest mu tam bardzo dobrze i zachęcał do przyjazdu.

Jego matka pochwaliła się  tymi listami i ja z kolegą zacząłem rozważać  możliwość takiego wyjazdu, ale kiedy spotkaliśmy się pod urzędem mojej gminy przy okazji ogłoszenia o rozdawaniu nafty ludzie zaczęli mówić, że Niemcy zbombardowane, spalone i zniszczone i nie ma tam czego szukać. No to wtedy my pomyśleliśmy, że chyba nie ma tam po co jechać…     Wyłapując ludzi na przymusowe roboty, Niemcy działali bardzo sprytnie często w ten sposób, że organizowali pod byle pretekstem jakieś zebranie niby to pod pozorem przekazania bardzo ważnych informacji. Jak tylko zgromadziła się większa grupa ludzi otaczali ich i pod konwojem doprowadzali do punktów zbornych.

Wtedy kiedy zupełnie przypadkowo znalazłem się przed urzędem mojej gminy Stare Miasto, dostałem się w kocioł jednej z takich łapanek zorganizowanych właśnie w ten sposób. Naschodziło się wiary co niemiara bo przecież „światła” nie było, a oni dali nam taką naftę, że spędzili wszystkich  do kupy i dalej do Konina.  Znałem tam wszystkie uliczki i można było próbować uciec, ale można też było zarobić kulkę, bo Niemcy nie żartowali i z całą pewnością zastrzeliliby uciekiniera.

Zamknęli nas w kościele do którego nawiezione było sporo słomy i przetrzymywani tam byli sami mężczyźni. Kobiety i dziewczyny kierowano do miejscowej szkoły. Od poniedziałku do czwartku dawano nam tylko zbożową kawę i nic do jedzenia.  W tym czasie codziennie dostarczano nowych ludzi.

Nasze rodziny jak tylko dowiedziały się, że jesteśmy zamknięci i pilnowani w kościele,  zaczęły donosić nam żywność. Moja matka przyniosła mi chleb i trochę masła. Niemcy to tolerowali, ale nie było czasu na rozmowy z rodziną. Strażnik wywoływał określoną osobę która podchodziła do bramy , odbierała zawiniątko z jedzeniem i z powrotem do kościoła.

Mój ojciec jak tylko się dowiedział, że jestem uwięziony w kościele natychmiast zgłosił się na ochotnika po to, aby go również zamknęli i żeby być razem ze mną. Nie znam prawdziwych powodów tego uczynku bo moje relacje z nim nie były najlepsze.

W czwartek o godzinie wpół do piątej po południu pojawiło się niemieckie wojsko. Ustawili nas czwórkami, a z przodu po bokach i z tyłu, szły bardzo silne niemieckie straże. W takiej kolumnie doprowadzono nas na dworzec w Koninie gdzie nadjechał z kierunku od Warszawy bardzo długi pociąg osobowy którego końca nie widziałem… .

Mnie załadowano  do jednego z pierwszych wagonów  tego pociągu. Jego dowódcą  był jakiś ważny Niemiec w eleganckim czarnym mundurze, z jaskrawo czerwoną przepaską na rękawie na której widniała swastyka.

Jak ruszyliśmy z Konina to zatrzymaliśmy się dopiero na dworcu w Poznaniu. Był  początek marca, było zimno i padał deszcz ze śniegiem. Na peron dostarczono duży kociołek z gorącą  kawą zbożową i kubeczki, aby każdy mógł się napić.

Po ruszeniu pociągu z Poznania zatrzymaliśmy się dopiero w Halle na terytorium Niemiec. Wtedy wysadzono pół transportu i kiedy pociąg ruszył, dopiero wtedy zobaczyłem jego koniec,  reszta ludzi pojechała dalej.

Przeszliśmy na drugi peron i następnym pociągiem dojechaliśmy do miasta Wittenberg, było wtedy po dziewiątej. Z dworca przeprowadzono nas do pobliskiego budynku z bardzo dużą salą i posadzono w ławkach. Przedtem podano nam obiad na który składała się zupa i duży kawał grubej kiełbasy. Przez kilka ostatnich dni głodowaliśmy, ale wtedy po raz pierwszy porządnie podjadłem.

O pierwszej w południe przyjechali po nas „kupcy”, czyli niemieccy gospodarze zainteresowani nabyciem taniej siły roboczej. Przyszedł żandarm, tłumacz i jacyś urzędnicy. Gospodarze bardzo uważnie przyglądali się każdemu z nas, nie znali naszych nazwisk ale wskazywali tłumaczowi o kogo im chodzi, a ten wywoływał ludzi podając numer rzędu i miejsce w rzędzie.

Było też tak, że nieraz wstawał nie ten który był wywoływany, ale natychmiast kazano mu siadać i wzywano do skutku. Gospodarze wypytywali czym dany człowiek zajmował się w Polsce i co potrafi robić, badali w ten sposób jego przydatność do pracy w gospodarstwie.

Siedziałem w czwartym rzędzie i zainteresował się mną wysoki chudy Niemiec. Wskazał na mnie palcem i powiedział chodź ty, właśnie ty. Kiedy do niego podszedłem zapytał: „umiesz robić końmi”? Odpowiedziałem, że „troche umie”. Następnie zapytał czy potrafię doić krowy, odpowiedziałem, że nie, a on na to, „to się nauczysz, idziesz ze mną…”.

Ja wtedy powiedziałem, że jest ze mną mój ojciec, koledzy, koleżanki i proszę aby zabrali nas razem. Trzeba przyznać, że Niemcy poszli nam na rękę i w moim przypadku wszystkich których wskazałem, to jest piętnaście osób zabrali do jednej wsi,  a nawet każdy był rozlokowany obok siebie w kolejnych gospodarstwach.  Każdy z gospodarzy musiał zapłacić za podróż „przyszłego pracownika” 20 marek, bo tyle kosztował bilet kolejowy z Konina do Wittenbergu.

Przed wojną ludzie często wyjeżdżali na sezonowe roboty do Niemiec, ale na innych zasadach i nie było to takie proste. Był starszy gość który prowadził nabór na wyjazd, ale nie za darmo… . Trzeba było mu dać trochę pieniędzy, trochę masła albo coś innego to wtedy zapisał…

Jak ktoś nie miał grosza to nie miał po co nawet tam iść. Ludzie chwalili sobie takie wyjazdy, bo od wiosny do jesieni nieźle zarobili, przyjeżdżali z nowym zakupionym rowerem czy zegarkiem i mieli jeszcze pieniądze na życie. Poza tym byli traktowani przez Niemców bardzo przyzwoicie. Teraz nie wiedzieliśmy co z nami będzie, ale otwierała się perspektywa pracy i przeżycia.

Cezary Woch

Drukuj artykuł Drukuj artykuł

Komentarz wyraża opinie wyłącznie jego autora. Redakcja portalu sycowice.net nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.

Skomentuj artykuł

Nasz serwis wykorzystuje pliki "cookie". W przypadku braku zgody prosimy opuœścić stronę lub zablokować możliwośœć zapisywania plików "cookie" w ustawieniach przeglądarki.