Drukuj artykuł Drukuj artykuł

Pamięci Władka Tralewskiego

Pamięci Władka Tralewskiego

Władek Tralewski, źródło: Tadeusz Mirkiewicz

Tadeusz Mirkiewicz – część 3

Niemieccy gospodarze nie wszyscy popierali Hitlera, chociaż nie wolno im było tego okazywać. Obowiązywało ich dochowywanie ścisłej tajemnicy o tym co dzieje się na frontach szczególnie w przypadku niepowodzeń Niemców. Nawet na ścianach domów było wypisywane „pssyttt”, czyli zachowaj daleko posunięta ostrożność…

Zauważyłem, że nieraz w sposób złośliwy i szyderczy wyrażali się o swoim wodzu. Kiedy jeden z gospodarzy narzekał, że nie może kupić pompy do gnojowicy, inny odpowiedział mu złośliwie; „napisz do Hitlera to ci przyśle”…. . Przysłuchując się uważnie ich rozmowom,  my Polacy dowiadywaliśmy się o takich rzeczach, o których nikt by nam oficjalnie nie powiedział.

Pewnego razu pod koniec wojny do moich gospodarzy przyjechali jacyś kuzyni z kilkunastoletnim chłopcem. Ten zawołał mnie i powiedział: „wiesz Tadek, był zamach na Hitlera, ale NIE UDAŁO SIĘ!…”. W tym czasie mój gospodarz był za drzwiami i słyszał naszą rozmowę. Na drugi dzień zapytałem chłopca czy wujek miał do niego pretensje, że mi powiedział o tym zamachu, a on odpowiedział, że zwrócono mu uwagę na to, aby na drugi raz uważał co i do kogo mówi…. .

Byłem kiedyś w kuźni, a przyjechało tam wielu bambrów. Kowal stary dziadek miał wtedy 85 lat i syna w wojsku, ale wcale nie pozdrawiał nikogo obowiązkowym nazistowskim pozdrowieniem „Haj Hitla”!. Pozdrawiał natomiast rano zawołaniem „dzień dobry”, w południe „dobre południe”, a po    16-tej „dobry wieczór”, nie tak jak u nas  wieczorem mówi się nieraz „dzień dobry”…  . Nazistowski sposób pozdrawiania obowiązywał wszystkich, ale szczególnie celowały w tym niemieckie wyrostki.

Miałem elegancki pokoik, rano przychodziła Niemka która służyła u gospodarzy, posprzątała mi i pościeliła łóżko, co sobotę pomyła okna. Niemcy płacili nam po 25 marek na miesiąc co było bardzo mało, a i tak wszystko było na kartki z tym, że Niemcy mieli drugie tyle.

Na przykład ja miałem jednego papierosa na dzień, a Niemiec dwa. Niemiec mógł kupić na przykład spodnie i marynarkę, a Polak albo spodnie albo marynarkę. Mój gospodarz zamiast dwudziestu pięciu marek płacił mi „po cichu”  40 marek. Dziś pierwszy, jutro forsa, dziś pierwszy, jutro forsa i wszystko było na czas.

Gospodarz wtykał mi te większe pieniądze po kryjomu żeby drudzy nie wiedzieli ile mi daje, a wszystko za to, że miałem najlepsze konie we wsi. Za te konie to i gospodyni mi coraz jakieś 5 marek po kryjomu wcisnęła… .

W ogóle to byli bardzo dobrzy ludzie, zresztą w całej wsi mieszkali dobrzy ludzie, nawet stary żandarm  był całkiem znośny. Po naszym przybyciu do wsi było tam wiele niemieckiej młodzieży która wykruszała się w miarę trwania wojny.

W czasie kiedy Niemcy odnosili sukcesy na frontach i cały czas szli do przodu,  były na wsi organizowane zabawy na które z początku my też chodziliśmy. Po pewnym czasie przyjechał jakiś ważny Szwab, wszedł na tą salę gdzie się bawiliśmy i kazał wszystkim obcokrajowcom ją opuścić,  bo rozrywka ta  była przeznaczona „tylko dla Niemców”. Zabawy te trwały do czasu bitwy o Stalingrad, a później Niemcy głowy zwiesili i ich organizowania całkowicie zakazano… .

Mam zdjęcie z dożynek z tej „mojej” wsi z 1942 lub 1943 roku, gdzie stoją odświętnie ubrani niemieccy chłopcy i dziewczęta. Wszyscy młodzi, zdrowi i urodziwi. Końca wojny nie dożył żaden z tych młodych mężczyzn, wszyscy zginęli na rozlicznych frontach, a właściwie przeżył tylko jeden, wrócił do swojego domu, ale bez nóg… .

Niedziele miałem wolne, ale często zdarzało się, że trzeba było jechać na stację po jakieś towary i wtedy nigdy nie odmawiałem. Każdy wyjazd poza gospodarstwo wymagał posiadania przepustki którą wydawał lokalny urzędnik, przedtem jednak gospodarz dzwonił do niego i kiedy tam przychodziłem, przepustka była już wypisana. Na naszych ubraniach musiała być też przyszyta wyraźna litera „P”.

Niemcy musieli mieć pomiędzy sobą jakąś  umowę, bo mijając kolejną wieś gdzie była karczma miałem prawo do niej zajść  i dostać za darmo kufel dobrego piwa i mały kieliszek wódki, ale taki przywilej obowiązywał tylko w niedzielę.

Karczmarze pytali tylko skąd jestem i po co przyjechałem. Później jak mnie poznali to już o nic się  nie pytali tylko zaraz piwo nalewali… . Po drodze do domu miałem dwie takie karczmy i zawsze do nich zajeżdżałem… .

Prace w polu musiały być wykonane czysto i starannie. Nie do pomyślenia było przeciągnięcie na przykład bron po szosie na pole leżące po jej drugiej stronie. Należało je rozebrać, przenieść i ponownie złożyć. Drogi były wysadzane czereśniami , jabłoniami, gruszami i śliwkami, ale broń Boże było urwać jakikolwiek owoc! Wtedy dopiero były by problemy!

Kiedyś pojechaliśmy po lucernę dla krów bo stały one przez cały rok w oborze. Jechały dwie Niemki, młody niemiecki chłopak i ja. Chłopak zeskoczył z wozu i poniósł cztery jabłka, nie zerwał ich, ale podniósł te które leżały przy drodze po jednym dla każdego z nas.

Niemcy zdążyli je zjeść i wyrzucić ogryzki w rzepak, ja natomiast byłem zajęty końmi i jadłem wolniej,  kiedy nie wiadomo skąd nadjechała na rowerze taka niemiecka pokraka i jak mnie zacznie sztorcować. Jakim prawem jem jabłko, co ja sobie myślę, on powie o ty mojemu gospodarzowi i zapyta go czy mi on daje jeść czy nie!? Żeby to były inne czasy, to jak bym go czym zdzielił…  . Nawydzierał się na mnie do woli, ale gospodarzowi nic nie powiedział… .

U Niemców panowała taka „moda”, że na wozie załadowanym sianem czy snopkami zboża nie wolno było jechać, ale należało powozić końmi idąc pieszo. Pewnego razu z młodym Niemcem wywoziliśmy obornik. Kiedy byliśmy już za wsią Niemiec wsiadł na wóz i zachęcał mnie do tego abym też usiadł. Ja natomiast powiedziałem, że nie chcę ryzykować i szedłem obok wozu.

Ni stąd ni zowąd pojawił się żandarm na motorze i jak się zacznie drzeć na Niemca: dlaczego łamie przepisy i czy nie widzi jak ja idę pieszo? Gdybym to ja siedział na wozie, z pewnością bym oberwał, a Niemcowi wlepił jedynie 120 marek grzywny… .

Trzeba też powiedzieć, że Niemcy również byli poddani rozmaitym rygorom i panowała w tym względzie surowa dyscyplina. Wszystko było na kartki, a szczególnie żywność. Gospodarze tą żywność przecież produkowali, ale nie mogli nią swobodnie dysponować. Na przykład wszystkie śrutowniki były zaplombowane po to, aby jęczmień i owies potrzebny do karmienia zwierząt śrutować w młynach i aby nad tym kto ile spożytkowuje była kontrola. Dotyczyło to również pszenicy i żyta.

Gospodarz miał prawo do uboju najpierw czterech świń w roku, a później w czasie kolejnych lat wojny, dwóch i w końcu jednej sztuki. Zamiar uboju należało zgłosić, przychodził urzędnik spisywał protokół i natychmiast tuszę opieczętowywał.

Ubijane świnie były duże miały zawsze po 200 – 300 kilogramów, ale dla wyżywienia jednej rodziny i służby w ciągu roku było to za mało. Niemieccy gospodarze dokonywali więc nielegalnych ubojów oczywiście narażając się i ponosząc niewątpliwie pewne ryzyko. Aby prawdopodobieństwo wpadki ograniczyć do minimum całą służbę pod byle pretekstem odsyłano wtedy poza gospodarstwo.

Również konie miały przydziały owsa i jęczmienia, ale co to znaczy dla takiego konia kilogram czy nawet dwa owsa? No ta ja robiłem im „swoje mieszanki” i „podkradałem” gospodarzowi  jęczmień i żyto, a konie wyglądały jak lalki. Gospodarz wiedział o tym ale udawał, że nic nie widzi.

Miał do mnie zaufanie bo kiedy zdarzało się, że musiał z żoną gdzieś wyjechać, a był planowany odbiór świń którego dokonywał znany z zaniżania wagi Niemiec francuskiego pochodzenia, to gospodarz mówił: Tadek, ty uważaj na tego Francuza bo on lubi coś „skręcić”. Rzeczywiście „Francuz” dawał służbie kilka papierosów i prosiak zamiast 22 kilogramów „chudł” do 17 kilogramów… .

Codziennie do mleczarni odwożono dwie przyczepy trzydziestolitrowych konwi z mlekiem. Z powrotem w konwiach przywożono maślankę lub serwatkę  które wykorzystywane były do karmienia świń i jałowizny. Jałówka była zacielana dopiero wtedy jak skończyła cztery lata, czyli po wycieleniu się była to już potężna krowa dająca dużo mleka.

Czy wszystkim tak dobrze  powodziło się jak mnie? Z tym było różnie , zależy kto na kogo trafił i to  zarówno od tego jaki był gospodarz i jaki pracujący u niego Polak. Wielu jakoś się dogadywało i spokojnie dożyło końca wojny. Byli też tacy z których Niemcy rezygnowali i aby im nie robić krzywdy zgłaszali do urzędu, że teraz nie potrzebują pracownika.

Niektórzy kombinowali na tyle ile się dało, ale nieraz kończyło się to niewesoło. Do naszej wsi przyjeżdżali Polacy którzy pracowali w gorzeli i przywozili wódkę. Nasi z kolei coś tam dla nich kombinowali, a to jaja, a to królika, a to coś innego. Między innymi robił tak mój ojciec.

Pewnego razu za przybyszami którzy od pewnego czasu byli obserwowani przez żandarmerię, w czasie ich pobytu u ojca wszedł żandarm. Macie przepustki? Mamy! Żandarm podszedł do szafy i otworzył ją. W środku stały butelki z wódką. Podniósł pierzynę, tam też były butelki…. .

Nic nie powiedział, odwrócił się i wyszedł. Mój ojciec natychmiast pochwalił się jednemu z polskich robotników którego nazywaliśmy Pomorzakiem, że żandarm był, wszystko sprawdził i wódki nie widział…. . To było w niedzielę.

Pomorzak czym prędzej zgłosił ten fakt temu samemu żandarmowi który znalazł się w trudnej dla siebie sytuacji i zaraz po fajrancie przyszedł do  mojego ojca. Wszedł do domu otworzył tą samą szafę, wyjął jedną z butelek i podsunął ojcu pod nos. Co to jest??  Czy ty nie wiesz czym to grozi? Jeśli ja udaję, że tego nie widzę to dlaczego chcesz mnie „wkopać” na stare lata? Na tym się skończyło, ale mogło być różnie. Kiedy weszli Rosjanie Pomorzak czym prędzej się ulotnił bo bał się, że go za to obiją.

Były też sytuacje dramatyczne. Miałem kolegę który nazywał się  Władek Tralewski, kombinował on aby uciec, aż za Warszawę. Ja mu mówiłem, żeby tego nie robił bo go złapią, pomimo tego zniknął którejś niedzieli, a w poniedziałek już go złapali. Wtedy jego gospodarz zawołał mnie i powiedział: wiesz Tadek, Władka złapali. Za parę dni znowu mnie zawołał i powiedział: Tadek, wiesz co się stało? Władek zachorował i umarł… .

 

Cezary Woch

Drukuj artykuł Drukuj artykuł

Komentarz wyraża opinie wyłącznie jego autora. Redakcja portalu sycowice.net nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.

Skomentuj artykuł

Nasz serwis wykorzystuje pliki "cookie". W przypadku braku zgody prosimy opuœścić stronę lub zablokować możliwośœć zapisywania plików "cookie" w ustawieniach przeglądarki.