Drukuj artykuł Drukuj artykuł

Upadek…

ruscy

źródło zdjęcia: Tadeusz Mirkiewicz

Tadeusz Mirkiewicz – część 4

Szóstego czerwca  1944 roku urodził mi się syn, ale ja wtedy jeszcze nie miałem ślubu z moją żoną bo ślub wzięliśmy dopiero w roku 1945 w Ołoboku. Poród miał miejsce w specjalnym szpitalu dla cudzoziemców ponad 20 kilometrów od naszego gospodarstwa. W najbliższą niedzielę wybrałem się tam aby odwiedzić żonę.

Kiedy na dworcu oczekiwałem na pociąg pojawił się żandarm który spacerował naprzeciwko mnie. Na mnie uwagi nie zwracał dopóki nie podszedłem do grupki stojących w pobliżu Polaków. Wtedy podszedł do mnie i zażądał okazania przepustki. Po jej sprawdzeniu zapytał gdzie i w jakim celu jadę.  Zapytał też dlaczego nie mam znaczka z literą „P”.

Ja miałem taką literkę, ale na tekturce wpiętej szpilkami  pod klapą marynarki, ale tak nie było wolno. Żandarm powiedział, że mógłby mnie za to zamknąć i odesłać do domu, ale z uwagi na urodzenie syna pozwala mi jechać dalej… .

Na porodówce żona przez dziewięć dni nie miała prawa wstawać z łóżka, takie wtedy były obyczaje, a nie to co dzisiaj dziś urodzi, a jutro każą chodzić…. . Po powrocie z dzieckiem do domu gospodyni żony poinformowała ją, że jeśli nie chce wychowywać dziecka to może go oddać do odpowiedniej placówki i tam będzie wychowane. Nie ulegało dla nas najmniejszej wątpliwości, że dziecko wychowane by było  na Niemca.

Oczywiście moja przyszła żona nie zgodziła się na to, a gospodyni nigdy już więcej  propozycji nie ponawiała… . Gospodarze moi i mojej przyszłej żony nic nie mieli naprzeciwko temu abym spotykał się z moją żoną i bardzo pomagali jej w opiece nad dzieckiem.

Ja po kolacji mogłem pójść do jej gospodarstwa, udać się do jej pokoiku i zająć się dzieckiem wtedy kiedy ona kończyła swoją pracę. Z chwilą urodzenia dziecko otrzymywało specjalne kartki na które można było kupić wszystko to, co dla takiego dziecka było potrzebne.

Niemcy mieli specyficzny sposób wychowywania dzieci. Taki na przykład niemowlak musiał dostać wszystko co mu się należało o określonej godzinie, miał mieć sucho i nie być głodnym. W między czasie natomiast gdyby nawet darł się w niebo głosy nikt tym się nie przejmował i dzieciak z czasem sam się nauczył , że wydzieranie się jest bez sensu… .

W pobliżu mieszkał ewangelicki kapelan wojskowy który miał troje dzieci. Jego żona zostawiała w lecie dziecko w wózku i sama zajmowała się swoimi sprawami. Dzieciak nieraz tak się darł, że już nie mogłem tego słuchać i myślałem sobie wtedy, że pójdę i tej Niemrze powiem co o niej myślę, ale nigdy tego nie zrobiłem… .

Mieli też syna chodzącego już do szkoły który z upodobaniem wyłaził na płot, pluł w moim kierunku i wołał „ty polska świnio”. Kiedyś nie wytrzymałem, złapałem go i bez względu na czekające mnie konsekwencje  dwa razy dałem mu w papę.

Na drugi dzień otrzymałem polecenie udania się do jego matki. Myślałem, że się poskarżył i Niemcy mi tego nie darują, ale skończyło się  na strachu bo chodziło tylko o przestawienie mebli w mieszkaniu żony pastora. Chłopak nie poskarżył się, ale od tamtej pory bał się mnie i wyraźnie unikał, za to z upodobaniem strzelał i zabijał z małego karabinka wszystkie ptaki które pojawiły się w pobliżu.

Warto wspomnieć jeszcze o delikatnej sprawie dotyczącej kontaktów niemieckich kobiet i mężczyzn z podbitych krajów. Kontakty te były kategorycznie zakazane. Prawie wszyscy niemieccy dorośli mężczyźni byli na wojnie, a kobiety były same. Życie jest życiem i takie kontakty z pewnością miały miejsce, ale utrzymywane były w najgłębszej tajemnicy.

Zdarzało się jednak, że na skutek różnego zbiegu okoliczności sprawa wychodziła na jaw i wtedy działy się rzeczy straszne. Obcokrajowiec był natychmiast powieszony w miejscu publicznym, a niemieckiej kobiecie golono głowę i obwożono otwartym samochodem lub motocyklem po okolicznych miejscowościach. Na miejsce egzekucji spędzano jeńców i robotników takich jak ja po to, abyśmy wiedzieli i widzieli czym to grozi. Ja na takiej egzekucji nie byłem, ale jak to wygląda opowiadali mi koledzy.

Pewnej soboty w końcu kwietnia 1945 roku  gospodarz wysłał mnie do miasta po naprawiony motor. Wtedy po raz pierwszy powiedział mi: Tadek, przyjdą „ruskie”. Zaprzęgłem konie i z kolegą tam pojechaliśmy.

W mieście panował ożywiony ruch, wszędzie pełno było niemieckiego wojska i nerwowe zalecenia aby uciekać na zachód. Na leśnych drogach spotykaliśmy leżące bezładnie mundury, hełmy i żołnierskie oporządzenie. Co jak co, ale Niemcy w najczarniejszych snach nie spodziewali się takiego finału swoich butnych zamierzeń i takiego upokorzenia jakiego doznali.

Po powrocie gospodarz powiedział mi, że  ruscy są już niedaleko i abyśmy na noc wszyscy zebrali się w kuchni. Zrobiliśmy tak jak powiedział i wszyscy czekaliśmy na to co ma się zdarzyć. Mijały godziny ale nic się nie działo, a ja drzemałem.

O wpół do piątej powiedziałem do kolegów, że trzeba iść spać i wyszliśmy na dwór. Nagle usłyszeliśmy warkot jadącego motocykla, wtedy szybko weszliśmy do  mojego pokoju i przez okno zauważyliśmy wjeżdżających na podwórko motocyklistów. Zatrzymali się i zaczęli rozmawiać po rosyjsku. Następnie zawrócili, podjechali na krzyżówkę i któryś z nich głośno zagwizdał, wtedy pojawił się czołg, za którym  pojechali dalej.

Rano dowiedzieliśmy się, że zgwałcono we wsi jakieś Niemki, gdzie indziej pokradziono gęsi a gdzie indziej kury, zauważyliśmy też jakiś przejeżdżający patrol i na razie przez kilka najbliższych godzin panowała cisza… .

O dwunastej pojawiła się cała masa ruskich. Wjechali samochodami z zamontowanymi na nich działkami z których strzelano gdzie popadło. My siedzieliśmy w piwnicy, ruscy weszli tam i kazali nam wyjść na zewnątrz. Kiedy weszliśmy do domu wszystko było powywracane do góry nogami, a wszędzie panował niesamowity bałagan. Pojawił się jakiś oficer w eleganckim mundurze i wysokich butach oficerkach po których uderzał się skórzaną szpicrutą.

Kazał nam opuścić dom ponieważ założą tu „biuro”. Mnie natomiast kazał pójść ze sobą do domu gdzie mieszkała siostra gospodyni. Ja tam  poszedłem ale wyglądało to tak jakbym go tam naprowadził. Kiedy oficer zaczął chodzić po pokojach, ja przez ogród uciekłem do mojego gospodarstwa.

W pewnym momencie ruscy wprowadzili na nasze podwórze blisko setkę niemieckich żołnierzy. Okazało się, że pochodzili oni z poznańskiego i dobrze mówili po polsku. Ruscy natychmiast ograbili ich ze wszystkich zegarków i z tego co mieli przy sobie. Następnie pozamykali ich w różnych pomieszczeniach, a kiedy obudziliśmy się rano z niedzieli na poniedziałek, niemieckich żołnierzy już nie było i nie wiem co z nimi się stało.

Ruscy wydali nam polecenie abyśmy wracali do Polski, ale jak wracać kiedy tu jeszcze wojna? Oprócz zegarków z których niewielu potrafiło odczytać godziny, ruscy „kolekcjonowali” również rowery których na podwórku była już cała sterta.

Większość z nich nie potrafiła nimi jeździć i wyglądało to tak, że jeden siedział na rowerze, a dwóch go trzymało… . Z upodobaniem dewastowali domy, darli pierzyny, kradli dobytek, gwałcili kobiety, a najgorsi i najokrutniejsi byli tacy skośnoocy… .  Niektóre Niemki z przerażenia podcinały sobie żyły… . Po sąsiedzku mieszkała trzynastoletnia dziewczynka ale była nad wiek rozwinięta. To bydło zgwałciło to dziecko i zamordowało… .

Staliśmy przy ulicy kiedy ruscy ciągnęli końmi jakąś armatę na której siedziało sześciu żołnierzy. Jeden z nich bawił się budzikiem który nakręcał we wszystkie możliwe sposoby. W pewnej chwili budzik zadzwonił, a przerażony ruski rzucił mi ten budzik krzycząc , że to bomba… W ten nieoczekiwany sposób i ja też zdobyłem „trofiejny” zegar…. .

W środę około wpół do pierwszej w południe na ulicy było mnóstwo ludzi, byli tam głównie francuscy jeńcy W pewnym momencie bardzo nisko nadleciał niemiecki samolot i puścił serię na tych ludzi i okoliczne domy, aż dachówki pryskały. Nawrócił i jeszcze raz zrobił to samo. Ruscy strzelali ale bezskutecznie. Było wielu rannych  w tym Francuz z którym pracowałem, a jego kolega został zabity i to na sam koniec wojny… . Jeńców rosyjskich  natychmiast wcielano do wojska, a odbywało się to tak, że dawali im karabin i kazali maszerować ze sobą.

Tak dotrwaliśmy do najbliższego czwartku kiedy to ponaglani przez ruskich zdecydowaliśmy się pomimo niepewnego czasu na wyjazd do Polski. Nasz gospodarz dał nam wóz i konia, a gospodyni zaopatrzyła nas w prowiant. W drogę ruszyło dziesięć osób z tych piętnastu które dotarły tu na początku wojny.

Na jesieni roku 1944 pięć osób z naszej piętnastki zabrano do kopania okopów pod francuską granicę. Trzy osoby wróciły samodzielnie do Polski a dwie prawdopodobnie tam zostały, ale pewności nie mam.

Tagi:

Drukuj artykuł Drukuj artykuł

2 komentarze do artykułu “Upadek…”

  1. Cezary Woch

    Zdjęcie na czołówce wykonane zostało w czasie dożynek w roku 1942 lub 1943. Są na nim młodzi mieszkańcy wsi w której pracował Pan Tadeusz Mirkiewicz. Żaden z tych młodych mężczyzn nie przeżył wojny,wszyscy zginęli na frontach II Wojny Światowej oprócz jednego który wrócił do domu ale bez nóg…

  2. Administrator

    Fragment filmu „Upadek”.

Komentarz wyraża opinie wyłącznie jego autora. Redakcja portalu sycowice.net nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.

Skomentuj artykuł

Nasz serwis wykorzystuje pliki "cookie". W przypadku braku zgody prosimy opuœścić stronę lub zablokować możliwośœć zapisywania plików "cookie" w ustawieniach przeglądarki.