Drukuj artykuł Drukuj artykuł

Rodzina moich Bauerów

bauer

źródło zdjęcia: Władysława Dobroczyńska

Rodzina „moich” Bauerów. Dymy nad Mauthausen część 2

Bauer był inwalidą ze sztywna nogą, a miał tą „pamiątkę” I Wojny Światowej. Do moich obowiązków należało zakładanie mu butów, bo sam nie mógł sobie z tym poradzić. Jak byłam na niego zła to jak najszybciej wychodziłam w pole aby mu tych butów nie zakładać. On z czasem zorientował się o co chodzi i odgrażał się „żebym uważała…”.

Oboje byli wyznania rzymsko katolickiego i szczególnie Bauerka była bardzo religijna. Codziennie rano chodziła do kościoła, ale zawsze pamiętała o przygotowaniu dla służby śniadania. Pamiętam, że na Boże Ciało musiałam obrazami i kwiatami dekorować okna, bo ulicą miała iść procesja. Nam nie wolno było chodzić do kościoła, ale ja i tak chodziłam wślizgując się na chór… . Chodziłam również z moją koleżanką na nabożeństwa majowe na godzinę dziewiątą wieczorem…. .

Bauer nieraz mówił do żony aby została w domu ale ona odpowiadała, że musi się modlić aby jej obaj synowie wrócili z wojny, a robota w tym czasie nie jest najważniejsza. Ta jej wiara i żarliwe modlitwy musiały zostać wysłuchane, bo obaj synowie z wojny szczęśliwie powrócili.

Jeden z nich był z rocznika 1919 i przed wojną przez trzy lata studiował medycynę. W czasie wojny służył w stopniu kapitana, a po wojnie został profesorem i wykładał na uczelni w Linzu. Młodszy syn z mojego rocznika, po skończeniu 18 lat został powołany do wojska i był czołgistą.

Nie wszyscy jednak mieli tyle szczęścia. Syn brata Bauerki zginał w Warszawie, najstarszy brat mojego Bauera który miał bardzo duże gospodarstwo, przed wojną był wójtem i sołtysem. Jak Hitler zajął Austrię wsadzili go do więzienia, a po wyjściu z niego człowiek ten zmarł. Miał dwóch synów z których jeden uczył się na inżyniera, a drugi miał pozostać na gospodarce. Obaj zginęli w Rosji.

Starszy syn Bauerów służył najpierw we Francji, później przerzucili go na front wschodni. Tam pod Orłem ruscy dali im takiego łupnia, że ratując życie całą pięcioosobową załogą uciekli z czołgu i schronili się u jakiejś Rosjanki.

Tam namierzyli ich sowieci ale kiedy zbliżali się do domu gdzie przebywali, Rosjanka ostrzegła ich o tym. Sama wyszła do szukających ich żołnierzy, a oni przedostali się w tym czasie na strych, wyjęli kawałek strzechy i z drugiej strony domu uciekli do lasu. W ten sposób dotarli do swoich.

W czasie tej dramatycznej ucieczki pozdejmowali mundury, ale poodmrażali ręce i nogi. Kiedy po różnych przygodach jako „cywile” dotarli do Warszawy syn moich Bauerów miał na jednej nodze walonka na drugiej gumowca, a zamiast spodni nosił tylko kalesony.

Mówił , że polskie kobiety śmiały się z nich nie wiedząc, że są Niemcami. Przez miesiąc leżał w niemieckim szpitalu w Warszawie, a później w Wiedniu. Po wyjściu ze szpitala dostał miesiąc urlopu i wtedy przebywał w domu, później dali go na Grecję.

Kiedy zabrakło młodszego syna Bauerów, przeniesiono mnie od pracy przy świniach do pomocy w kuchni i „na posyłki”, czyli do załatwiania różnych spraw. Być może dlatego, że dość szybko nauczyłam się po niemiecku i potrafiłam dość swobodnie rozmawiać.

Miałam już pewne „podstawy” ponieważ jak tylko w 1939 roku weszli Niemcy, to moi bracia musieli chodzić do szkoły i uczyć się niemieckiego języka. Kiedy przychodzili do domu powtarzali słówka, a ja razem z nimi to teraz było mi już znacznie łatwiej.

Po tej zmianie miałam o wiele lepiej, bo nie musiałam już dźwigać tych ciężkich kubłów z karmą. Załatwiając poza gospodarstwem różne sprawy pomimo, że praca była od godziny piątej do dziewiętnastej, mogłam chociaż wtedy trochę odpocząć.

Wykonując różne polecenia moich gospodarzy swobodnie poruszałam się po okolicy, jeździłam rowerem, pociągiem, byłam w cyrku i w kinie. Rowerami nie wolno było jeździć Polakom, ale ja w razie czego tłumaczyłam, że Bauer kazał mi wziąć rower żeby szybko załatwić sprawę, bo robota czeka w polu… .

Kiedyś kiedy jechałam na rowerze złapał mnie w Mauthausen żandarm i zażądał 5 marek grzywny. Odpowiedziałam mu, że nie mam żadnych pieniędzy i muszę szybko wracać do domu bo Bauer będzie na mnie krzyczał, że się gdzieś włóczę zamiast pracować… . Wtedy żandarm powiedział : no to jedź sobie… .

Gospodarze płacili mi 19 marek na miesiąc, służąca Niemka dostawała 40 marek, a Władek pracujący przy koniach 22 marki. On był z 26 rocznika czyli dwa lata młodszy ode mnie ale ja pisałam mu listy do domu, pamiętam jak dziś: nazywał się Władysław Graca wieś Kosowa, poczta Brzeźnica. Wieś ta leżała niedaleko Wadowic, a jego ojciec przed wojną był wojskowym.

W okolicy Mauthausen obowiązywał ciekawy zwyczaj gotowania takich samych potraw w tym samym dniu. Na przykład w poniedziałek we wszystkich domach gotowano knedle, we wtorek było danie mięsne, we środę zupa, w czwartek i w niedzielę znowu dania mięsne. Czyli trzy razy w tygodniu dania mięsne, a w pozostałe dni jakieś zupy czy knedle i we wszystkich domach to samo…. .

W gospodarstwie było bardzo dużo sadów z których owoce przerabiano na przechowywany w beczkach moszcz będący bardzo dobrym i zdrowym napojem. Nie było zwyczaju picia zwykłej surowej wody, a nawet było to nie do pomyślenia.

Na śniadanie była zupa mleczna, czarna kawa, „szpek” i dowolna ilość chleba, kolacja o dwudziestej. Co jak co, ale głodu to ja tam nie zaznałam. Brakowało mi tylko ubiorów, bo sukienki darły się szybko, a buty miałam tylko jedne. Jak przemokły jednego dnia wieczorem to na drugi dzień takie mokre trzeba było założyć.

Były ogromne kłopoty z zaopatrzeniem się w ubrania. Sukienki i pończochy darły się szybko, a obowiązujący przydział na materiały był bardzo skromny. Moja Matka przysyłała mi paczki i ratowała jak mogła i to mi bardzo pomagało. Miedzy innymi przysłała mi bardzo dobre skórzane buty z cholewkami które były dla mnie bezcenne.

Jedna zaprzyjaźniona Niemka, żona rymarza który dostawał przydział wełny do wypełniania chomąt „załatwiła” mi kilogram tej wełny z której na drutach zrobiłam sobie ciepłe skarpety. Austriacy byli w podobnej sytuacji i co z tego, że mieli marki kiedy nie było co gdzie kupić.

Moja Bauerka miała kawał płótna własnej roboty, to farbowała go na czarno, a ja jej szyłam bluzki i spódnice. W pokojach nie było ogrzewania i zawsze tam marzłam, ale taki był sposób budowania tamtejszych domów.

Jak już wspomniałam gospodarstwo leżało w pobliżu Mauthausen. Z biegiem czasu coraz więcej informacji docierało do nas z obozu koncentracyjnego położonego na jego skraju.

Cezary Woch

Drukuj artykuł Drukuj artykuł

6 komentarzy do artykułu “Rodzina moich Bauerów”

  1. sergiusz

    Ciekawe wspomnienia dla teraźniejszego pokolenia, które mało co wiedzą na temat wojny i jej skutkach. Obecna młodzież samowolnie jedzie do Niemiec na roboty, gdyż Ojczyzna pozbawiła Ją patriotyzmu. Zabrakło Jej godnego, polskiego chleba.

  2. Cezary Woch

    Pomimo, że we wspomnieniach Pani Wacławy Dobroczyńskiej odcinek ten poświęcony jest rodzinie gospodarzy u których przepracowała całą wojnę, prezentowane przez nas zdjęcia pokazują jedynie Panią Wacławę i Jej polskich współtowarzyszy niewoli oraz widokówki sąsiednich miejscowości w których wielokrotnie przebywała. Pani Wacława dysponuje takimi zdjęciami ale uznałem, że są one jej osobistymi pamiątkami z którymi bez wątpienia związana jest uczuciowo, a prezentowanie ich tutaj naruszało by pewną granicę intymności której przekraczać nie chcieliśmy.

  3. Łon

    Pan Sergiusz pisze: „Obecna młodzież samowolnie jedzie do Niemiec na roboty, gdyż Ojczyzna pozbawiła Ją patriotyzmu.”
    Nie zgadzam się z tym twierdzeniem. Nie patriotyzmu młodzieży brakuje, lecz chleba. Brak pracy, brak środków do życia, brak perspektyw. Wasze pokolenie przyjechało na „zdobyczne” domy, a młodzi za co mają je sobie wybudować? Wina jest Państwa jako kraju i wcześniejszych pokoleń które zgotowały im ten los, a nie młodzieży. Sam pracowałem u niemca i poznałem tam całą rzeszę polskich patriotów.

  4. Cezary Woch

    Bardzo słuszne spostrzeżenia zamieszczone powyżej. Nie szukajmy jednak winnych, bo winnych tu być nie może. Obecna sytuacja jest pokłosiem naszego geopolitycznego położenia które od wieków uniemożliwiało nam nie tylko stabilny rozwój gospodarczy, ale wręcz wymuszało po prostu walkę o biologiczne przetrwanie pochłaniającą nie tylko środki materialne, ale unicestwiającą społeczne elity- najlepszych synów i córki naszego narodu. Ma to swoje opłakane konsekwencje do dnia dzisiejszego. Warto zwrócić również uwagę na to, że w tym czasie państwa które dzisiaj mienią się być gospodarczymi liderami swoją potęgę budowały na bezwzględnym wykorzystywaniu krajów kolonialnych w Afryce, Azji i obu Amerykach. Takim krajem kolonialnym głównie dla Niemców i Rosjan, była również Polska, ale to już przeszłość, która mam nadzieję nigdy się nie powtórzy. Nie jest niczym złym szukanie zarobkowania poza granicami naszego kraju, ale żałować jedynie należy, że praca dziesiątków tysięcy młodych, wykształconych i inteligentnych Polaków wzbogaca inne kraje, a nie naszą Ojczyznę. Oczywiście można z tym dyskutować dając za przykład, że „tam” zarobić, a po powrocie „tu” wydać, ale nie wszyscy wracają… . Inną konsekwencją takiej sytuacji jet to, że nasze społeczeństwo starzeje się, a społeczności w których Polacy pracują się odmładzają. Chciałbym zwrócić uwagę również na to, że zarobkowanie na „saksach” znane było również w okresie przedwojennym o czym bardzo pięknie opowiedział Pan Tadeusz Mirkiewicz na łamach sycowice.net. I jeszcze jedno, nie oczekujcie, że praca „przyjdzie do was”. Szukajcie jej nie tylko w formie zatrudniana się w istniejących firmach ale bierzcie sprawy w swoje ręce i zakładajcie własne firmy nawet jeśli miały by być to jednoosobowe. Możliwości jest naprawdę bardzo wiele, trzeba tylko bardzo chcieć i potrafić zaryzykować… . Powodzenia.

  5. krzysztof

    Wystarczy cofnąć się do historii,zabory,20 lat normalnosci,wojna,komuna,to nie sprzyjało do tworzenia firm rodzinnych.Po upadku „komuny”próbowałem (sklep a nawet dwa),początek był wspaniały(rok 1993 -2000)a potem powstają hipermarkety i zaczyna się równia pochyła,w 2007 stwierdzilismy z żoną,że nie ma to sensu,w 2008 przeszedłem na emeryturę no i zaczęło się Niemcy ,Holandia,a nawet w Iranie, stac mnie na dużo więcej niż kiedykolwiek,nie żałuję wyboru.Patriotyzm ? hm…? na bezrobociu lub za 1380zł.A może inaczej,wyjeżdżając za granicę zmniejszamy bezrobocie w kraju? a przyjeżdżają do kraju wydajemy pieniążki i rozkręcamy gospodarkę? a może młodzież ma żal do kraju że musi się tułać po Europie ? Dużo pytań,ale coś w tym jest.Widzę problem,młodzi,zdolni i pracowici poza granicami kraju,to już ogromna ilość,ogromna strata dla kraju.Cóż ja „dorobkiewicz” mogę nie pracować,ale chcę czy to cos złego? -chyba nie 🙂 W Holandii są firmy rodzinne od kilku pokoleń.My nie mieliśmy takich możliwości.Słusznie P.Cezary to też jest rozwiązanie samozatrudnienie,warto próbować może się udać.Ja już nie będę nic zmieniał,to jest mój sposób na życie a i latka już nie te 🙂 chociaż nigdy niemów „nigdy” 🙂 Pozdrawiam i życzę powodzenia.

  6. Arek

    Każdy może pracować gdzie tylko chce, w dowolnym kraju. W Polsce tez pracuje wielu obcokrajowców. Ważne tylko, aby pracować w swoim kierunku. Żal patrzeć, gdy ktoś po studiach np. socjologii jedzie do Niemiec zbierać kapustę… Co taka osoba chce zrobić po powrocie? Pieniążki szybko się rozejdą, a brak doświadczenia w zawodzie będzie nie do nadrobienia.

Komentarz wyraża opinie wyłącznie jego autora. Redakcja portalu sycowice.net nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.

Skomentuj artykuł

Nasz serwis wykorzystuje pliki "cookie". W przypadku braku zgody prosimy opuœścić stronę lub zablokować możliwośœć zapisywania plików "cookie" w ustawieniach przeglądarki.