Drukuj artykuł Drukuj artykuł

Autobiografia młodości

Pułk Smoleński

źródło zdjęcia: Władysław Jackowski

Los wojennego tułacza – część 2
Urodziłem się 17.12. 1923r. We wsi Dziahile pow. Postawy woj. Wilno. Moje dzieciństwo w siedmioosobowej rodzinie nie było zbyt ciekawe. Rodzice na dziesięcio hektarowej gospodarce i dzięki małemu, wiejskiemu sklepikiem z podstawowymi artykułami jakoś sobie radzili. Starszy brat Arseniusz uczył się krawiectwa i nie opuszczał ręcznej maszyny. Ja krótko przed wojną ukończyłem 7 klas Szkoły Podstawowej. W tym czasie naszą wieś rozparcelowano na kolonie, a po wybudowaniu zabudowań i zagospodarowaniu dodatkowych nieużytków zaskoczyła nas wojna. Ojciec ze sklepiku na kolonii musiał zrezygnować, a agresję sowiecką w 1939 roku przeżyliśmy w rodzinnym komplecie. Starszego brata w 1940 roku zabrano do Armii Czerwonej, a Dziadek zmarł. W ten sposób nasza Rodzina zmniejszyła się o dwie osoby. Swoim dzieciństwem, młodością i wolnością cieszyłem się tylko do osiemnastego roku życia. Nie zdążyłem jeszcze bliżej poznać swojej pierwszej dziewczyny, nacieszyć się Nią i pobawić, a już musiałem uczestniczyć w wojnie. Trwała ona dla mnie od lata 1942 roku z przerwami pierwszych lat, a skończyła się 12 lutego 1947 roku w Bieszczadach.

NIEWOLA W PUŁKU SMOLEŃSKIM
– Agresja sowiecka na Polskę 1939 roku zniszczyła mi dojrzewającą młodość, a druga agresja niemiecka na Rosję w lipcu 1941 roku przysporzyła jeszcze więcej smutku wszystkim rodzicom i całej społeczności na Kresach Wschodnich przedwojennej Polski. W nieustających, długich walkach o Moskwę Niemcom udało się odciąć rosyjski, „smoleński pułk” od frontu. Ten pułk nie mając możliwości połączenia się ze swoim frontem, bez zapasu żywności i amunicji zmuszony był wycofać się, aż na byłe Kresy Wschodnie. Można sobie wyobrazić jego tak długi przemarsz jedynie po nocach by uniknąć potyczek z Niemcami, z powodu całkowitego braku amunicji. Na oczekiwanie zrzutu dowództwo pułku wybrało nasze okolice z dala od tras kolejowych i od ważnych, chronionych traktów którymi poruszały się zaopatrujące front wojskowe transporty niemieckie. Ten pułk, by nie zostać rozbitym z powietrza i aby nie ogołocić biednego narodu z reszty żywności, rozproszył się po kilku wsiach. Na naszej kolonii też rozgościło się czterech żołnierzy. Widziałem na własne oczy wąsatego i brodatego dowódcę tego pułku, jak pewnego ranka przyjechał na naszą kolonię bryczką z obstawą kilku żołnierzy. Jego celem było, by od ojca uzyskać jak najwięcej informacji na temat naszych okolic. Nasza kolonia znajdowała się przy samych rozległych moczarach. Po kilku dniach pobytu nieproszonych lokatorów pewnej nocy nad ranem usłyszeliśmy odgłosy nadlatujących samolotów i było jasne, że pomoc z powietrza nadeszła. Żołnierze szybko wstali, ubrali się i wyruszyli na umówione miejsce. Przed południem zjawiło się dwóch żołnierzy którzy nakazali przygotowanie furmanki wraz ze mną przygotowanym do podróży. To było moje pierwsze pożegnanie z Rodziną. Zaniepokojeni rodzice nie mieli wyjścia i musieli mnie z torbeczką żywności wysłać nie wiadomo dokąd i na jak długo. Po godzinie dojechaliśmy z żołnierzami do miejsca zrzutu niedaleko wsi Badzienie. Dwie furmanki załadowane skrzyniami i jakimiś workami odjeżdżały w kierunku wschodnim. Przy drodze przez moczary pod karłowatymi drzewami była jeszcze ogromna kupa skrzyń, worków, pozwijane sznurami spadochrony, karabiny maszynowe na kółkach ponakrywane zielonym płótnem i inny wojenny sprzęt. Przy tej kupie było około dziesięciu żołnierzy. W moment załadowali moją furmankę, a na wierzch ustawili karabin maszynowy i nakryli zielonym płótnem. Kiedy odjeżdżałem z ładunkiem dostrzegłem, że na moje miejsce podjeżdża furmanką mój kolega z sąsiedniej kolonii Mieczysław Sidorowicz. Ucieszyłem się, że będę miał kolegę w tułaczej, nieznanej podróży będzie nam raźniej. Kiedy odjechałem ze 100m zauważyłem, że mój kolega też z załadowanym towarem wyruszył za mną. Przed następną wsią Mozalewszna żołnierz stojący na drodze wskazał kierunek w las. Po ujechaniu kilkudziesięciu metrów leśną dróżką dostrzegłem załadowane furmanki porozrzucane po lesie i ponakrywane zielonym płótnem, a w zielonych namiotach porozrzucanych po lesie odpoczywali żołnierze. Wszystko zrozumiałem, że oni byli zamaskowani przed nalotami. Kiedy wyprzągłem konia zaraz podszedł do niego żołnierz i nałożył mu woreczek z obrokiem na głowę. Zaraz nadjechał także mój kolega. Po jego obsłużeniu przez żołnierza podszedłem do niego. Rozmawialiśmy i podziwialiśmy jak wojenny tabor był tak precyzyjnie zorganizowany. Dostrzegliśmy także, że w tym taborze są także i kuchnie polowe, które dla żołnierzy całego pułku i dla nas przygotowują obiad. Podczas wydawania obiadu wydano dla wszystkich menażki i łyżki. Po obiedzie dyżurny żołnierz kazał nam położyć się do spania gdzie tylko chcemy i pouczył nas, że na sygnał trąbki o zmroku mamy zgłosić się na kolację, a po kolacji przygotować furmanki w dalszą drogę. Na następny sygnał wszyscy wyruszymy jednocześnie. Wszyscy młodzi furmani, a było nas ponad dwudziestu czuliśmy się tak, jak byśmy również byli partyzantami. Niemcy dobrze wiedzieli, że ten pułk jest na tyłach ich frontu, ale nie wiedzieli w jakim znajduje się miejscu, przez to tak precyzyjne maskowanie przed nalotami. Wiedzieli także , że otrzymał zrzut z dobrym uzbrojeniem, przez to mniejsze jednostki niemieckie unikały z nim potyczek. By silnie obstawić front od Leningradu po morze Czarne trzeba było mieć ogromne ilości wojska. Przez to ten pułk na tyłach był bardzo groźny dla Niemców na terenach Białorusi. Niemcy także wiedzieli, że w odpowiedniej chwili ten pułk może uniemożliwić dostawy drogą kolejową na front wschodni w środkowych rejonach Rosji. Było to bezpośrednią przyczyną tak skrytego przemieszczania się pułku przy trasie Wilejka – Połock.

Kiedy się ściemniło, tabor wyruszył z Mozalewszna w kierunku wschodnim dość marną drogą. Mijając wieś Kołczany położoną koło wsi Haby Stare, przecinaliśmy główniejszą trasę. W połowie drogi przed następną wsią Grzybki, zaczął zapadać zmrok i napotkaliśmy odpowiedni las w którym dowódca taboru zarządził odpoczynek po nocnym marszu. Po krótkim wypoczynku spożyliśmy śniadanie składające się z suchego prowiantu zapijając go czajem, nie z samowaru lecz z kotła. Po śniadaniu wojsko w roli partyzantów miało swoje zajęcia, a ja z kolegą położyliśmy się do spania i przestrzegając pouczenia dyżurnego nakryliśmy się zielonymi pałatkami. W czasie odpoczynku dyżurny zatroszczył się o obsługę koni. Po obiedzie padał deszcz, więc pozwolono nam odpoczywać w namiotach razem z żołnierzami. Z niektórymi nawet zaprzyjaźniliśmy się opowiadając kawały z czasów, dzieciństwa i dorastającej młodości. Często nad nami latały stękające od ciężaru bomb eskadry bombowców, ale dzięki dobremu maskowaniu byliśmy dla nich niewidoczni. Następnej nocy przejeżdżaliśmy przez wieś Kulikowo, a dalsze wsie były nieznane, ponieważ w nocy nie było możliwości odczytania tablic informacyjnych. Kiedy budził się świt, byliśmy już w lesie i przygotowywaliśmy się do odpoczynku. Po zamaskowaniu się usłyszeliśmy nadjeżdżający pociąg, a byliśmy wtedy w pobliżu trasy Wilejka – Połock. Sapiący, obładowany pociąg podążał być może przez Dynaburg do Leningradu lub przez Witebsk pod Moskwę. Po odpoczynku dziennym robiła się szarówka, a my  przygotowaliśmy się do wymarszu. Robiło się ciemno, jednak sygnału do wymarszu nie usłyszeliśmy. W nocy nadleciały rosyjskie samoloty i bombardowały pobliską stację kolejową. Nad ranem słychać było następny przejeżdżający pociąg. Nie wiedzieliśmy jaką taktykę zastosowało dowództwo. W ciągu dnia przejechały dwa pociągi w stronę Rosji, a w odwrotnym kierunku jeden. Wyglądało na to, że dowództwo pułku oczekuje jakichś rozkazów z frontu. Następną noc też nie opuszczamy lasu. Po północy usłyszeliśmy znowu nadlatujące samoloty od strony Rosji. Zrozumieliśmy, że pułk czekał na następny zrzut na umówionym miejscu. W odległości o kilometra czy dalej od torów kolejowych, dla pułku spadła następna pomoc z nieba. Kazano nam szybko założyć konie do wozów i wyruszyć po cenny ładunek który już wcześniej wysłani żołnierze przygotowywali do zabrania. Do świtu cały ładunek zdążyliśmy przywieźć i umieścić w lesie. Przez cały dzień zamiast wypoczywać, wszyscy furmani liczyli przejeżdżające pociągi i przywidywali, że tu na tej trasie kolejowej coś groźnego się wydarzy. Kiedy robiła się szarówka zrobiono zbiórkę furmanów. Przyszedł do nas kapitan i podziękował nam za okazaną pomoc. Kazał nam zabrać przygotowany prowiant na dwa dni i natychmiast odjeżdżać do domów. Jego ostatnie słowa brzmiały:
Siewodnia noczju zdieś nastupit żestokaja borba. (Dzisiaj w nocy tu nastąpi groźny bój). Więc czym prędzej zabraliśmy prowiant, założyliśmy konie i wyruszyliśmy w drogę powrotną. Po drodze gdzieś po północy w cichą i pogodną noc usłyszeliśmy nieustającą, głośną kanonadę wybuchów i łuny oświetlające niebo. Przypuszczaliśmy, że ten „smoleński pułk” wysadził podążający na front pociąg obładowany  amunicją i sprzętem wojennym. Po tygodniu nieobecności w domu opowiadałem rodzinie swoje przygody w wojennym taborze z „pułkiem smoleńskim”. Wszyscy je podziwiali i dziękowali Bogu, że szczęśliwie wróciłem do domu. Mieliśmy także co opowiadać z kolegą Mieczysławem swoim rówieśnikom.

Po powrocie z taboru, kiedy partyzantka na dobre się rozpowszechniła wielokrotnie mnie i rodziców zadręczała bym wstąpił do jej szeregów. Byłem jeszcze za młody i jak mogłem, jak tylko potrafiłem odmawiałem nawet dowódcom tej, godnej służby.

NIEWOLA NA FRONCIE
Na początku października 1943 roku przez naszą wieś przechodziła niemiecka tzw. blokada jednostki pancernej, czyli grupa likwidacyjna siedzib partyzanckich. Z początku myśleliśmy, że jak poprzednio przyjadą i pojadą dalej. Jednak rozgościli się na cały tydzień i przez ten czas zdążyli dużo złego uczynić. Podejrzewali, że na tych terenach grasuje partyzantka. Na postrach spalili kilka gospodarstw na koloniach naszej wsi. Z całej wsi pozabierali świnie, krowy a nawet i kury. Ludzie zostali w rozpaczy obrabowani prawie z całego żywego inwentarza, w dodatku byli w panice, że całą wieś puszczą z dymem. Rodziny pokrzywdzonych, ale i ocalałych gospodarstw cieszyły się, że barbarzyńcy szykują się do odjazdu. Sołtysowi dali nakaz, by zorganizował kilka furmanek do transportu zrabowanych zwierząt. Ojciec także był wytypowany, ale z furmanką wysłał mnie. Musiałem więc drugi raz pożegnać rodzinę i wyruszyć w nieznane. Razem ze mną w tym konwoju było także kilku moich kolegów. Wyruszyliśmy ze wsi z niemiecką dobrze uzbrojoną obstawą w kierunku północnym. Podczas podróży niepokoiło nas, że nie wiemy dokąd podążamy. Dopiero po przeszło tygodniowej, męczącej podróży dowiedzieliśmy się, że zbliżamy się do celu. Była to węzłowa stacja kolejowa Nowe Święciany położona w odległości około 90 km od naszej wsi przy samej, litewskiej granicy. Wraz z Niemcami cały żywy łup z niemałymi trudnościami przeładowaliśmy z furmanek do wagonów. Starszych furmanów z furmankami swoimi i furmankami młodych chłopaków odesłano do domów, a nas siedmiu zabrali ze sobą. Razem ze zwierzętami w wagonach ruszyliśmy w nieznane. Byliśmy bardzo zmartwieni i przestraszeni co ci agresorzy i zaborcy z nami zrobią. Po dwóch dniach pociąg zatrzymał się w miasteczku na Łotwie – Reżika. Tu żywy towar rozładowaliśmy z wagonów na samochody, które od razu z pewnością pojechały do rzeźni. Natomiast z Niemcami pieszo wyruszyliśmy prosto na wschód. Po dziennym marszu dotarliśmy na terytorium Związku Radzieckiego, blisko linii frontu. W tym czasie akurat trwały walki. Niedalekie, potężne i nieustanne wybuchy przerażały nas. Wydawało nam się, że coraz bardziej zbliżają się w naszym kierunku. Myśleliśmy, że za chwilę pociski będą rozrywać się tu i będzie po nas. Mnie chciało się zapłakać jak dziecku i wołać na ratunek rodziców, ale uświadomiłem sobie, że jestem dorosły, mam prawie 20 lat i musiałem to uczucie strachu jakoś opanować. Tu na froncie wykorzystywano nas do różnych niebezpiecznych i ciężkich prac. Niebawem przyszła zima, tęgie mrozy i zawieje śnieżne. Swoje ubrania mieliśmy nie za ciepłe, buty też były liche, więc otrzymaliśmy komplet ciepłego ubrania. Po nocach na froncie kopaliśmy okopy, rowy strzeleckie, budowaliśmy schrony z bali sosnowych i obsypywaliśmy je ziemią. Zdarzała się nocna strzelanina niekiedy pojawiali się rosyjscy zwiadowcy. Był przypadek, że jednego z nich blisko nas zabito. To samo i nas czekało ze strony rosyjskiego frontu. Byliśmy wszędzie na każde zawołanie. Karmili nas nieźle, co jedli żołnierze to i nam dawali. Traktowali nas dość przyzwoicie. Zdarzało się cofanie frontu z dnia na dzień do tyłu. Nocowaliśmy w stodołach lub opuszczonych domach. Cofnęliśmy się aż do miasteczka Reżika skąd na pieszo wyruszaliśmy na front. Pod wieczór nadleciały sowieckie samoloty i bombardowały miasteczko i stację kolejową, a także ostrzeliwały z karabinów maszynowych uciekających Niemców. Było gorąco, każdy się chował gdzie tylko mógł. Niemcy także uciekali nie wiadomo dokąd. Zauważyliśmy jak cywile uciekają do jakiegoś schronu, więc i my biegliśmy za nimi. Bomby wybuchały blisko nas, a domy się paliły. Wszędzie słychać było krzyki rozpaczających ludzi, którzy w pośpiechu opuszczali swoje płonące domy. W schronie przeczekaliśmy, aż bombardowanie ustało. Nie wiedzieliśmy gdzie iść i co robić? Niemców ani śladu, tylko trafiliśmy na dwóch zabitych, a także na dwóch rannych cywilów których zabierali mieszkańcy tego miasteczka. My mieliśmy okazję do ucieczki od Niemców, ale baliśmy się ryzykowania w obcych, nieznanych nam stronach. Postanowiliśmy więc swoich „kameradów” szukać. Kiedy ich znaleźliśmy byli zadowoleni, że wróciliśmy do nich. Dalej przebywając w Reżika spaliśmy na balach słomy w stajni przy koniach gdzie było nieco cieplej. Poza stajnią szalał mróz i zawieje. Po kilku tygodniach niewolniczej służby na froncie, Niemcy zawołali nas wszystkich do sztabu i oświadczyli nam, że mamy szykować się do podróży. Myśleliśmy, że znowu będziemy się cofać, albo chcą nas wywieźć do Niemiec. Z wypowiedzi oficera zrozumieliśmy, że odsyłają nas do swoich domów. Było nie do opowiedzenia jaka radość rozpierała nasze serca, bo tak wielce radosnej nowiny zupełnie się nie spodziewaliśmy. Sporządzono wykaz wszystkich zwolnionych i opatrzono go pieczątką i podpisem sztabowca. Oficer wręczając ten dokument jednemu z nas powiedział:
– To wam na drogę wystarczy, tyko wszyscy musicie się trzymać razem. Jesteście więc wolni i możecie iść na dworzec i spokojnie odjechać do swoich rodzin.

Niebawem byliśmy na dworcu. Wsiedliśmy do pierwszego lepszego wagonu i pędziliśmy w swoje, rodzinne strony. Dojechaliśmy do dużego łotewskiego miasta Dynaburg nad rzeką Dźwiną. Była to duża stacja węzłowa, a pociągi odjeżdżały w różnych kierunkach. Tu z większą częścią naszych kolegów nasze drogi się rozeszły. Grupa ta pomyłkowo wsiadła do innego pociągu, który odchodził w kierunku Rygi. Właśnie to oni zabrali wydany przez Niemców dokument z wykazem nas wszystkich. Przed odjazdem z Dynaburgu twierdzili, że to oni pojadą we właściwym kierunku, ale bardzo się pomylili. Ja z kolegą Aleksandrem Smolskim twierdziliśmy, że to my jedziemy właściwym pociągiem w kierunku Nowe Święciany i tak właśnie było. Ledwo zaczęło świtać, a my już tam byliśmy, a do domu „tylko” 90 km. Kiedy się rozjaśniło wyruszyliśmy pieszo w kierunku Stare Święciany oddalone o 12 km. Po przejściu trzech kilometrów napotkaliśmy zaprzęg w saniach, a w nim dwóch ludzi w bieli. Okazało się, że to byli policjanci litewscy. Zatrzymali nas i zaczęli wypytywać, skąd i dokąd idziemy. Wszystko im dokładnie wytłumaczyliśmy, a w dodatku mieliśmy osobiste, niemieckie dokumenty. Uwierzyli nam i pozwolili iść w dalszą drogę. Koło południa dotarliśmy do Starych Święcian. Tam odwiedziliśmy targ, trochę odpoczęliśmy i ruszyliśmy w dalszą drogę do Postaw. Niebawem natknęliśmy się na kolejny zaprzęg w sankach. Dobry człowiek zabrał nas i przywiózł, aż do swojego domu. Zaprosił nas na kolację, a jego rodzina przygotowała nam nocleg. Rano poczęstowano nas śniadaniem za co im bardzo podziękowaliśmy i ruszyliśmy w dalszą drogę. W południe dotarliśmy do miasteczka Haduciszki. Tu zdecydowaliśmy się zajść do jednego mieszkania i poprosić o skromny obiad. Trafili nam się dobrzy ludzie. Po zapoznaniu się z naszym niewdzięcznym, chłopięcym losem, poczęstowali nas obiadem i bimbrem. Grzecznie Im podziękowaliśmy i wyruszyliśmy do naszego, powiatowego miasta Postawy odległego o 20 km. Na tej trasie znowu spotkaliśmy dwóch litewskich policjantów i od nowa kłopotliwe tłumaczenia. W Postawach także napotkaliśmy życzliwych nam ludzi, którzy postarali się o kolację dla nas, udzielili noclegu, a rano poczęstowali śniadaniem. Do domu zostało nam jeszcze 30 km. W mroźny dzień brnęliśmy pozawiewanymi drogami, ale byliśmy zadowoleni, że już jesteśmy na ostatnim etapie wędrówki i wkrótce spotkamy się ze swoimi rodzinami. Po drodze znowu niespodzianka. Spotykamy się z rosyjskimi partyzantami jadącymi saniami. Po pierwszych przesłuchaniach kontrola osobista i rewizja plecaków. Znaleźli w nich suchy prowiant wydany przez Niemców na drogę jak: konserwy, margaryna, suchary i papierosy „Juno”, które były przeznaczone na prezent dla ojca, a reszta dla rodziny. Wszystko zabrali i grozili, że jeszcze się zobaczymy w waszych domach…. . Odjechali z łupem nieszczęśliwych biedaków pokrzywdzonych przez los. Kiedy już byliśmy blisko celu, pożegnałem się z kolegą Aleksandrem, który mieszkał przy naszej wsi na koloni Tatarów, a sam znajomym szlakiem na przełaj podążyłem do swojej kolonii. Ciężko było brnąć po głębokim śniegu, na szczęście o zachodzie słońca pokonywałem ostatni kilometr. Ostatkiem sił przekroczyłem próg swojej chaty. Tak zmarnowanego syna Mama jeszcze nie widziała i ze łzami radości powitała mnie wraz z całą Rodziną. Kiedy chwilę odpocząłem, wspólnie z Rodziną zasiedliśmy do kolacji, a ja opowiadałem o tych niezwykłych wydarzeniach i wspominaliśmy również o nieznanym, wojennym losie mojego brata Arseniusza. Po przespanej i spokojnej nocy Mama przejrzała moją bieliznę, która była strasznie brudna i zawszona, natychmiast wrzuciła ją do pieca i spaliła.

Kiedy Niemcy zrezygnowali z dalszego natarcia silnie broniącej się Moskwy, zwolnili chłopaków z przymusowego, frontowego obozu do domu. Dowództwo partyzantów drogą radiową dowiedziało się od dowództwa frontowego, że młodzi, cywilni, białoruscy obozowicze spod Moskwy wrócili do swoich rodzin.  Ten ich powrót do domów potwierdzili miejscowi partyzanci. Po trzech dniach od mojego powrotu  późnym wieczorem położyliśmy się do snu. Ja nie zdążyłem jeszcze usnąć, kiedy usłyszałem nagłe stukanie do drzwi. Kiedy Ojciec je otworzył weszło dwóch partyzantów. Rozkazali mi ubrać się, wyjść przed dom i stanąć pod ścianą. Była mroźna noc a księżyc przyświecał tej scenie. Jeden z partyzantów wyjął z kieszeni papier i odczytał na nim rozkaz dowódcy, że za służbę u Niemców na froncie zostałem skazany na karę śmierci przez rozstrzelanie. Drugi z partyzantów zarepetował karabin. Mama wybiegła z domu, upadła do nóg wykonawcy wyroku. Błagała znajomego partyzanta z sąsiedniej wsi i płacząc wołała go po imieniu:
-Miszeńka nie zabijaj swojego kolegi! Przecież on nic nie jest winny! Zabrano Władka pod przymusem! Zlituj się nad cierpieniem matki i nad młodym życiem syna!

Misza współczując Mamie opuścił broń. W tym momencie broń zarepetował nieznajomy partyzant, a Misza krzyknął:
-Wicia, nie zrobisz tego! Musiałbyś najpierw strzelić we mnie!

Po sprzeczce partyzanci broń rozładowali i zarzucili na ramiona. Misza mamie i mnie doradził, bym nie spał w domu i nikomu nie pokazywał się na oczy dopóki oddział partyzantów imieniem „Suworowa” nie opuści tych terenów. Gdyby sąsiedzi zapytali o mnie, to rodzina powinna mówić, że mnie partyzanci zabrali. W przeciwnym razie dowódca by ich sam rozstrzelał. Kazali mi zdjąć ciepłe, niemieckie wojskowe buty, kurtkę i ocieplane spodnie. Te trofea miały udowodnić dowódcy, że wyrok został wykonany. Partyzanci mieli informacje, że ojciec swoim sposobem garbuje skóry, więc domagali się jeszcze, by na polecenie dowódcy oddał wyprawioną skórę byka na ich potrzeby. Ojciec właśnie miał taką wyprawioną skórę i dla spokoju, by już nas nie nękali przyniósł ją z kryjówki i oddał swój skarb. Mama płakała z radości prowadząc do domu bosego i rozebranego syna, a partyzanci saniami z poważnym łupem biednych ludzi odjechali. Musiałem więc przez trzy zimowe tygodnie przebywać w stodole i spać głęboko zaryty w sianie. Mama natomiast podczas mojego ukrywania się musiała wiele się natrudzić i dotrzymać groźnej tajemnicy, aby nikt się o moim ukryciu nie dowiedział.

Władysław Jackowski

Drukuj artykuł Drukuj artykuł

Jeden komentarz do artykułu “Autobiografia młodości”

  1. BOZENA

    Znalazłam we wspomnieniach nazwisko wujka (Mieczysław Sidorowicz). Nie znałam go , bo umarł jak byłam mała. Rodzina mojego taty (Sidorowicze) przyjechali do Polski i mieszkali w Świecku ( woj. Lubuskie ). W latach 80- tych byłam w Dziahilach uporządkować groby.Niesamowita wyprawa. Pozdrawiam ,córka Stefana Sidorowicza.

Komentarz wyraża opinie wyłącznie jego autora. Redakcja portalu sycowice.net nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.

Skomentuj artykuł

Nasz serwis wykorzystuje pliki "cookie". W przypadku braku zgody prosimy opuœścić stronę lub zablokować możliwośœć zapisywania plików "cookie" w ustawieniach przeglądarki.