Drukuj artykuł Drukuj artykuł

BITWA O WAŁ POMORSKI

Bitwa o Wał Pomorski

źródło zdjęcia: sxc.hu

Los wojennego tułacza – część 9
Na następne dni zaopatrzenie było zapewnione. Opuszczając farmę zabraliśmy kilka worków z obrokiem dla koni, a znaleziona beczka z paliwem też nam się przydała. Załadowaliśmy też na furmanki pozostałe mięso oraz dwie konwie mleka i najważniejsze, 3 konwie zdobycznego spirytusu które były pod kontrolą porucznika. W mroźne dni na postojach, dawał do kolacji każdemu z nas po pół szklanki czystego spirytusu. Z noclegami już na tych terenach nie było problemów. Było mnóstwo opuszczonych domów, z których zawsze korzystaliśmy. Od dłuższego czasu noclegi w lesie nam nie groziły. Każdy wiedział, że bezustanne marsze z pewnością wkrótce się skończą i trzeba będzie zmierzyć się w walce z wrogiem.

14 lutego 1945 roku dotarliśmy w rejon frontowy do miejscowość Rederittz, /dzisiejsza nazwa wioski Nadarzyce/, w byłym województwie koszalińskim. Nadarzyce położone są pomiędzy lasami nad niewielką rzeką Pilama, gdzie znajdowały się bardzo silne niemieckie fortyfikacje, wprost nie do zdobycia. To już był tzw. „Wał Pomorski”. Nasza kompania połączyła się ze swoim, 9-tym pułkiem piechoty zatrzymując się na dłużej, aż do czasu zdobycia tego umocnienia. Przed nami były ciężkie dni walki z potężnym wrogiem uzbrojonym w najnowszą broń tamtych czasów. Jednak wróg ten boleśnie okaleczony przez 5 lat wojny nie był pewny, czy powstrzyma nacierające wojska dysponujące także nowoczesnym uzbrojeniem. Linia fortyfikacyjna znajdowała się za wsią i za rzeką na skraju lasu. Ogromne bunkry były wyposażone w specjalistyczne urządzenia i nowoczesną broń. Nasze dowództwo koncentrowało swoje siły i rozważało sposób pokonania opancerzonego wroga. Od skraju lasu było przed nami czyste i duże pole, które sprzyjało nieprzyjacielskiemu ostrzałowi. Na drodze wiodącej do wsi był most chroniony zaporą przeciwpancerną. Za rzeką koło mostu wznosiła się drewniana wieża obserwacyjna z której Niemcy w dzień i w nocy obserwowali pobliski, szeroki teren. Zapora przeciwpancerna przed mostem była sterowana elektrycznie z pancerwerku /fabryka pancerna/. Nasz pułk okopał się w zagajniku w odległości około 700 m od rzeki. Obserwatorzy z tej wieży namierzyli nasze stanowiska i posypały się na nas pociski z dział i moździerzy. Pociski zaczęły wybuchać wokół nas, a my ze względu na krótki okres czasu od zajęcia stanowisk byliśmy jeszcze bardzo słabo okopani. Nie zdążyliśmy ani razu wystrzelić, a już mieliśmy wielu zabitych i rannych. Pod wieczór, by sprawdzić stanowiska naszej linii obronnej, naszą kompanię wizytował sam dowódca pułku, pułkownik Berezowski. Nie zdążył sprawdzić wszystkich stanowisk, kiedy znowu nastąpił ostrzał naszych pozycji. W pobliżu pułkownika eksplodował pocisk artyleryjski raniąc Go odłamkiem w brzuch, przez co dowódca poniósł śmierć na miejscu. Była to dla pułku ogromna strata, o której szybko się dowiedzieli wszyscy żołnierze pułku. Gdy już się ściemniło, atak artyleryjski ustał.

Tejże nocy wraz z kolegą, od dowódcy kompanii otrzymałem rozkaz, by zbadać rzekę czy jest zamarznięta i gdzie by ją było można sforsować po lodzie lub w bród. Dowództwo planowało, by w nocy po sforsowaniu rzeki zaatakować pozycje wroga. Rzeka płynęła równą doliną, a po obu stronach zarośnięta była trzcinami.

W mroźną, księżycową noc, w białym zamaskowanym ubraniu wyruszyliśmy z kolegą na bardzo niebezpieczny zwiad. Wiedzieliśmy, że jeżeli nas dostrzegą Niemcy to już na tym śnieżnym polu pozostaniemy martwi. Przecież oni z bunkrów przez cały czas obserwują przedpole za rzeką. Najgorszym było, że w mroźną noc śnieg skrzypiał pod butami. Staraliśmy się jak koty stawiać powoli nogi skradając się do rzeki. Kiedy już byliśmy blisko niej, to zaczęliśmy się czołgać, by jak najszybciej skryć się w trzcinach.

Stwierdziliśmy, że porośnięte trzciną brzegi rzeki były zamarznięte, a poza pasem trzcin widać było płynącą wodę, co oznaczało, że dalej jest głębia na której trzcina nie rośnie. Na drugim brzegu rzeki trzcina była słabo widoczna co oznaczało, że poprzeczny nurt rzeki jest co najmniej na 40 m szeroki. Sforsowanie jej w bród nie było możliwe. Kiedy już ustaliliśmy jaki meldunek złożymy dowódcy, baliśmy się ruszyć w drogę powrotną w tak jasną noc. W odległości około 200 m od nas była wieża obserwacyjna, a tuż za rzeką bunkry z lunetami o 60 krotnym zbliżeniu. Ogarnął nas strach i postanowiliśmy czekać, aż księżyc zajdzie, albo zakryje go jakaś chmurka. Było nam bardzo zimno i żeby nie zamarznąć, na leżąco ćwiczyliśmy ruchy ciała. Opatrzność była jednak nad nami, bo niewielka chmurka zakryła cały księżyc. Szybko czołgając się zaczęliśmy wycofywanie, unikając skrzypienia śniegu pod butami. W czasie czołgania rozgrzaliśmy się, a po około 100 m wstaliśmy i zaczęliśmy szaleńczy bieg. Skrzypienie śniegu przerażało nas bo wiedzieliśmy, że Niemcy natychmiast nas usłyszą. Wnet odezwał się karabin maszynowy więc padliśmy, a kiedy serie ustały, znowu rozpoczęliśmy czołganie. Z pewnością Niemcy nas nie dostrzegli i strzelali na oślep w kierunku w którym słyszeli skrzypienie śniegu. Kiedy oddaliliśmy się na około 300 m od rzeki, wstaliśmy i szliśmy powoli do swoich pozycji. Po dojściu do okopów, złożyliśmy swój meldunek zwiadowczy naszemu dowódcy. Porucznik podziękował nam i cieszył się, że z tak niebezpiecznej akcji wróciliśmy cali i zdrowi. Dowództwo zastanawiało się, dlaczego ta mała rzeka nie była zamarznięta, skoro na dużej rzece Wiśle lód utrzymał ciężar czołgów. Doszli do wniosku, że były zastosowane tu jakieś chemiczne środki, by woda nie zamarzała, a ponadto rurami kanalizacyjnymi odpływała do nurtu ciepła woda ze wszystkich pancerwerków.

15 lutego 1945 rok ledwo świt, usłyszeliśmy warkot czołgów. Kilka z nich wysunęło się z zagajnika i wjechało na szosę która prowadziła na most do wioski. Na szosie maszyny zatrzymały się. Jedna z nich skierowała działo na wieżę obserwacyjną. Czołgiści strzelili tylko raz, a gniazdo obserwacyjne rozprysło się na kawałki. Z naszych tyłów odezwała się ciężka artyleria i bez przerwy jej pociski rozrywały się na niemieckich umocnieniach. Po bezustannej kanonadzie czołgi ruszyły do mostu. Kilka czołgowych strzałów armatnich zniszczyło zaporę przeciwpancerną. Niby już droga wolna, więc czołgi ruszyły do przodu. Między czołgami i po ich bokach biegła piechota. Kiedy pierwsze czołgi z piechotą przekroczyły most, posypał się na nich grad pocisków artyleryjskich od strony Niemców i czołgi zostały unieruchomione. Wkoło padali zabici i ranni żołnierze. Następne czołgi ponawiały próbę przedarcia się, lecz znowu ataki nie powiodły się. Wokół padali zabici ranni, a czołgi płonęły. Kto pozostał przy życiu, natychmiast się wycofywał ratując się ucieczką. Ja także uciekałem na most razem z ocalałą grupą piechoty. Był to bardzo duży cios dla naszego pułku, który poniósł znaczne straty w ludziach i sprzęcie. Tak tragicznie minął pierwszy dzień walki. Kto uszedł z niej żywy, będzie do końca życia pamiętać zaciekłą, tragiczną walkę we wsi Rederittz.

Nadeszła ciemna, zimna noc, wszyscy siedzieliśmy w swoich kryjówkach nie zmrużając oka. Każdy myślał tylko o tym co dzisiaj się wydarzyło. Każdy myślał o jutrzejszym dniu w przekonaniu, że z pewnością tu wszyscy zginiemy….. .

16 lutego 1945 roku od wczesnego ranka nastąpił drugi dzień walki. Znowu podjęto próbę natarcia i przerwania linii frontowej nieprzyjaciela. Artyleria nasza porządnie sypnęła pociskami, a następnie czołgi znowu ruszyły do ataku. Niespodziewanie poszło znacznie lepiej i bez strat. Niemcy znacznie mniej ostrzeliwali się z dział, a ich pociski nie wyrządzały większych szkód. Nasze wojsko z całą siłą ruszyło do przodu. Przede wszystkim przystąpiono do uprzątnięcia zabitych i ciężko rannych z dnia poprzedniego. Wielu ciężko rannych żołnierzy zmarło z powodu braku możliwości udzielenia pierwszej pomocy. Na usuwanie z pola bitwy poległych i rannych żołnierzy, poświęcono cały dzień.

17 lutego 1945 roku niemiecka fortyfikacja na skraju lasu za wsią, czyli druga linia obronna niewiele ucierpiała od ostrzału naszej artylerii. Podejrzanie wyglądało, dlaczego Niemcy siedzą w niej nadzwyczaj spokojnie? Wielu z nas myślało, że oczekują w skupieniu na nasze masowe natarcie i te myśli okazały się trafne.

Nowy dowódca pułku nie był dobrze zorientowany w sile wroga i liczył też, że z pewnością znaczna jego ilość zginęła w czasie naszej ofensywy. Wydał więc rozkaz dowódcy pierwszego batalionu, by w sile około 300 żołnierzy przystąpić do natarcia na bunkry nieprzyjaciela. Przed bunkrami było równe i czyste pole, bardzo dogodne do przeprowadzenia, ale też i do odparcia ataku. Żołnierze ruszyli więc biegiem przez to otwarte pole z głośnymi okrzykami: Hurra! Hurra! Niemcy nieco odczekali i podpuścili ich na odległość około 80 metrów. W tym momencie zagrały karabiny maszynowe ciężkiego kalibru ze wszystkich pancerwerków, a nasi żołnierze zabici i ranni padali pokotem. Dowódca widząc ogromną tragedię, wydał rozkaz do odwrotu. Piechota natychmiast wycofała się z dużymi stratami, było ponad 40 zabitych i mnóstwo rannych. Podczas wycofywania się na polu natarcia trwała nadal straszna tragedia. Niemcy z wściekłością nie żałowali na nas amunicji siejąc seriami ze wszystkich karabinów maszynowych. Przy takim ostrzale to było wielkie szczęście, jak kto został przy życiu. Gdyby nie wycofano w porę natarcia, cały batalion przestałby istnieć. Nie zabierano zabitych ani też rannych, którzy z jękiem błagali o pomoc. Każdy uciekał z pola zagłady ile miał tylko sił w nogach. Zabitych ani rannych Niemcy nie pozwolili zabierać. Kto ze śmiałków próbował zbliżyć się na teren pobojowiska z ratunkiem, to został od razu zabity. To była wielka porażka dla naszego pułku. Niemcy cieszyli się z pogromu naszego wojska i z optymizmem marzyli o zwycięstwie.

18 lutego 1945 roku zapowiadał się czwarty dzień walki. Każdy czekał jak w kolejce po swoją śmierć…. . Kiedy zaczęło świtać, nikt nie myślał już o życiu lecz tylko o śmierci. Nagle zauważyliśmy, że coś szczególnego się dzieje. Żołnierze z radością i ze łzami w oczach witali nadjeżdżające „Katiusze”. Każdy wiedział, że ta broń jest zbawieniem dla żołnierza. Każdy wiedział, że ona wykończy „Szwabów”, którzy tak dotkliwe zadali nam rany. „Katiusze” ustawiły się w tym zagajniku, gdzie my mieliśmy swoje okopy. Po chwili przygotowania, sypnęły seryjnym ogniem. Otaczająca, poranna cisza zamieniła się w mknące wycie i świst pocisków o potężnej sile. Nie trwało to długo, może 15 minut i z pewnością myśleliśmy, że wystarczyło rewanżu dla okrutnego wroga. Piechota znowu ruszyła do natarcia na umocnienia. Tym razem nie przywitały nas ani karabiny maszynowe ani działa. Wkoło wszystko dymiło po potężnym ogniu „Katiuszy”. Niemcy ogromnym kosztem przez wiele lat budowali tą twierdzę z myślą, że żadna siła jej nie pokona. Wystarczyło jednak piętnastominutowe użycie groźnej broni, by cała potęga zamieniła się w ruinę i kupę gruzów. Kopuły pancerne bunkrów powywracane, działa na kawałki porozrywane. Las otaczający umocnienia cały dymił i wyglądał jakby przez niego przeszedł niszczycielski cyklon.

Niemcy cofający się spod Stalingradu ogromnie bali się „Katiuszy”. Jak tylko dowiedzieli się, że w pobliżu znajduje się ta broń, szybko uciekali i wszystko po sobie zostawiali by tylko ujść z życiem. Tym razem bodajże tej broni nie zdołali wykryć.

Już bez obaw o wroga, niezwłocznie przystąpiliśmy do uprzątania pola bitwy z zabitych i rannych żołnierzy poległych dnia poprzedniego. Jeszcze uratowano kilkunastu żołnierzy, którzy zdołali przetrzymać noc bez udzielenia pierwszej pomocy. Koło tej wsi Rederittz /Nadarzyce/ powstał ogromny cmentarz polskich żołnierzy, z których być może wielu niepotrzebnie poległo, przez brak właściwej taktyki wojennej i niewłaściwe rozkazy dowódców…

Władysław Jackowski

Drukuj artykuł Drukuj artykuł

Komentarz wyraża opinie wyłącznie jego autora. Redakcja portalu sycowice.net nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.

Skomentuj artykuł

Nasz serwis wykorzystuje pliki "cookie". W przypadku braku zgody prosimy opuœścić stronę lub zablokować możliwośœć zapisywania plików "cookie" w ustawieniach przeglądarki.