Drukuj artykuł Drukuj artykuł

UKRAIŃSKA POWSTAŃCZA ARMIA

Ukraińska Powstańcza Armia

źródło zdjęcia: sxc.hu

Los wojennego tułacza – część 13
Powstała ona w porozumieniu z Niemcami 14 października 1942 roku dzięki inicjatywie ukraińskich nacjonalistów. Ich celem było spacyfikowanie Rosjan, Polaków, Czechów, Żydów i innych narodowości, co w konsekwencji miało dać podwaliny pod utworzenie niezależnego państwa ukraińskiego. Liczebność tej armii w roku 1944 wynosiła 40 tysięcy ludzi. Kulminacja mordu Polaków gdzie bestialsko wymordowano co najmniej 50 tysięcy rodaków, miała miejsce latem 1943 roku. Po konferencji w 1945 roku w Jałcie i Poczdamie, gdzie ustalono granice Polski, działalność UPA była wciąż bardzo aktywna. Dlatego też po kapitulacji Niemiec, żołnierze naszego pułku nie trafili do swoich domów lecz w Bieszczady, celem ostatecznego rozgromienia ukraińskich band. ( Ostateczne niedobitki UPA zostały zlikwidowane w 1953 roku).

Ja miałem dużo szczęścia, że ominęły mnie akcje w potyczkach z UPA, a to dzięki zupełnemu przypadkowi. Dowództwo pułku wśród swoich żołnierzy odszukało zawodowego piekarza, któremu powierzono piekarnię i upoważniło go do dobrania sobie trzech pomocników pracujących w charakterze piekarskich uczniów. Z „zawodowym piekarzem” Józiem, zaprzyjaźniłem się na znanej farmie, w której było uzupełnienie kompanii młodymi poborowymi. Za moją życzliwość bardzo mnie polubił. Kiedy forsowaliśmy Odrę był zawsze przy mnie. W chwilach odpoczynku lubił mi opowiadać o swojej młodości i że właśnie zrządzeniem losu tu w tym mieście się urodził i w czasie wojny zdobył zawód piekarza. Los chciał, że po zakończonej wojnie trafił do swojego miasta, by w nim piec chleb dla wojska. W ramach rewanżu, wtedy kiedy prowadziliśmy rozmowy o pieczeniu chleba, opowiadałem Mu jak moja Mama co kilka dni piekła chleb dla swojej rodziny, jak robiła zaczyn, jak w czasie zimy otulała ciasto, by odpowiednio urosło, jak chodziłem po łąkach i szukałem kminku dodawanego dla poprawy smaku.

Józio mnie jako pierwszego wybrał do pomocy, a następnie z nim ustalaliśmy z kim jeszcze utworzyć piekarniczy zespół. Po pierwszym wypieku który starannie przygotowaliśmy, nie było żadnych uwag ze strony dowództwa. Tak to w Chełmie Lubelskim zostaliśmy piekarzami…. . Nasze pistolety maszynowe wisiały w sypialni na hakach zupełnie nie używane. Wszyscy przyzwyczailiśmy się do swoich nowych i nietypowych dla wojska zadań i było nam całkiem dobrze.

Na własne wyżywienie przydzielano nam suchy prowiant: mąkę, kaszę, masło, mięso i inne dodatki. Z początku nie wiedzieliśmy co z tym zrobić? Uzbierało się tego sporo, ale kucharzem nikt nie chciał zostać, więc zapasy zaczęły się psuć. Uzgodniliśmy więc między sobą, że w pobliżu musimy poszukać sobie jakiejś gosposi, która gotowałaby dla nas przynajmniej obiady. W krótkim czasie znaleźliśmy starszą panią, by nam dla tego celu służyła i sama także z naszego prowiantu nieźle skorzystała. Czuliśmy się wolni jak w cywilu. Po pracy do naszej dyspozycji było całe miasto. Nikt nas i nigdzie nie kontrolował.

Zbliżały się Święta Bożego Narodzenia 1945 roku. Każdy z nas myślał i tęsknił do swego domu, do swojej rodziny. Józio nasz „zawodowy piekarz” nie miał takiego problemu. Pochodząc z tego miasta często przebywał w domu. Zazdrościliśmy mu, że służbę wojskową tam właśnie odbywa… . Kilka dni przed świętami zdarzyła mi się jednak miła niespodzianka. Do piekarni po chleb przyszedł mój dowódca plutonu. Zapytał mnie, czy chciałbym być na święta w domu. Myślałem, że ze mnie żartuje, ale kiedy pokazał mi rozkaz wyjazdu na 14 dni urlopu, było to dla mnie całkowitym zaskoczeniem, a radości i uciechy nie było końca, cieszyła się ze mną również cała załoga piekarnicza, a również mój dowódca. Ruszyłem więc do fryzjera. Umyłem się i w moment byłem już na stacji. Pociąg pędził na Ziemie Odzyskane, a ja cały czas rozmyślałem. Po 18 miesięcznej, wojennej tułaczce wydawało mi się jakbym rodziny nie widział przez wiele lat…. . Martwiłem się jak i gdzie ją odnajdę w nieznanych terenach? W Świebodzinie szybko odnalazłem kierunkowskaz na Skamle /Skąpe/. Za miastem nie było żadnego ruchu i nie wiedziałem ile kilometrów będę musiał maszerować. Zupełnie przypadkowo jednak, jechał ciężarowy samochód Armii Czerwonej. Na moją uniesioną rękę zatrzymał się. Po rosyjsku spytałem dokąd jadą. Chętnie mnie zabrali do kabiny na trzeciego. Byli życzliwi i rozmowni na wojenne tematy. Opowiadali jak zdobywali Berlin, a na powojenny odpoczynek wybrali Tiborlager i okolice świebodzińskiego powiatu. W Tiborlager wysiadłem i za 10 minut witałem się ze wzruszeniem ze swoją Rodziną. Rodzice nie spodziewali się mojego urlopu, gdyż to stało się nagle. Wielce ucieszyłem stęsknioną i żyjącą w niepokoju Mamę. Za świątecznym stołem opowiadałem Rodzinie swoje, tułacze i wojenne losy. Podczas tych opowiadań o swojej ciężkiej służbie i niedoli, u Mamy i u Taty dostrzegałem w oczach łzy. Musiałem więc szybko zmienić temat na weselszy, opowiadając o miłych przygodach w Chełmie Lubelskim. Wesoły świąteczny nastrój sprawił, że Rodzice o mój los byli już całkiem spokojni. Tylko martwili się jeszcze o starszego syna Arseniusza, który przeżywał swój ciężki los na zesłaniu, wegetując na nieludzkiej ziemi o głodzie i chłodzie. Zesłano go, aż za Ural do surowego górskiego kraju leżącego na pograniczu Syberii za to tylko, że był Polakiem. Mieli jednak pewną nadzieję, że On także kiedyś wróci, by się cieszyć w komplecie wspólnym, rodzinnym życiem, budować lepszą przyszłość i wspominać tak bolesne, swoje wojenne losy.

14 czerwca 1946 roku nadeszła niespodzianka. Zapowiedziano nam, że pułk przenosi się do Hrubieszowa. Zasmuciło to nas, bo przecież tak dobrze nam było w Chełmie. Poznaliśmy jego wszystkie zakątki i czuliśmy się jak w domu, a tu nagle taka zmiana.
Z Chełma do Hrubieszowa 52 km. Przez 2 dni szliśmy tam na pieszo. Zmęczeni i zabrudzeni dotarliśmy do koszar. W koszarach rozdysponowano cały pułk. Każdą kompanię oddzielnie wysyłano w inny kierunek do likwidacji band UPA. Naszą kompanię wysłano do małego miasteczka Krystynopol nad rzeką Bug położonego o 60 km. od Hrubieszowa. ( Obecnie tamte tereny należą do Ukrainy, zabrane Polsce w 1948 roku).

W tym miasteczku mnie i mojej kompanii było także całkiem dobrze. Kompania rozlokowała się w klasztorze katolickim, który był obwarowany wysokim murem i było tam dość bezpiecznie, tylko co jakiś czas wysyłano ją do akcji likwidacji wykrytych band.

Niebawem nadeszły żniwa. Żołnierze musieli przyjść z pomocą i chwycić za kosy sprzątając ogromne łany dojrzałej pszenicy. Ukraińców z tych żyznych terenów obsianych zbożem, wysiedlono na Ziemie Odzyskane w obawie przed terroryzmem na polskich rodzinach. Polacy tam także sprzątali swoje zboża. W tym bałaganie nienawiści narodowościowej wiele zbóż zostało zmarnowanych.

Po kilku dniach pobytu w Hrubieszowie nowy dowódca kompanii zawołał mnie do siebie. Zaproponował mi, bym objął piekarnię i piekł chleb dla naszej kompanii. Po wyrażeniu zgody, porucznik pokazał mi piekarnię i zaprowadził do pewnej rodziny byśmy się poznali. Ta rodzina mieszkała na piętrze, a piekarnia była na parterze. Państwo Szpakowscy mieli jednego syna, którego nazywali Jasio. W tym budynku przydzielono mi pokoik w którym zamieszkałem. Pracy w piekarni dużo nie było, jedną kompanię 80 żołnierzy z łatwością zaopatrywałem w pieczywo pszenne. Na tych terenach żyta w ogóle nie siano, a z Jasiem szybko się zaprzyjaźniłem. W wolnym czasie po obiedzie chodziliśmy na miasto i do jego znajomych sąsiadów. Często trafiał się poczęstunek mocnym bimbrem. Dziewczyny ode mnie też nie stroniły. W wolny czas po obiedzie pomagałem sąsiadom przy sprzątaniu pszenicy podczas żniw. Była to wdowa z dwoma, dorosłymi córkami. Pomagałem im w gospodarstwie i przy młócce. Starsza pani bardzo mnie polubiła i bardzo zachwalała swoje córki. Na Ukrainie były inne obyczaje, które mi się nie bardzo podobały, więc głębszych znajomości z nimi nie nawiązywałem. Okazywałem im tylko swoją pracowitość i grzeczność. Marzyłem o dziewczynie na stałe, na zawsze, by pochodziła z ojczystych stron. Wiedziałem, że po wojnie na Ziemie Odzyskane trafiło wiele rodzin z mojej Ojczyzny i z pewnością odnajdę tam swoją Miłość, która na mnie czeka. Martwiło mnie tylko, że po wojnie minęło już wiele miesięcy a ja w Bieszczadach dla walczących jeszcze z bandami kolegów piekę chleb. Mnie tu nie było źle, ale moi koledzy z kompanii jeszcze ginęli i nic nie wskazywało na to, że w tej pięknej krainie szybko zapanuje spokój. Czas kroczył naprzód, zmieniały się pory roku, a ja trwałem w swojej monotonii. Nadeszła znowu mroźna zima odziana w białą szatę.

KONIEC TUŁACZKI

12 lutego 1947 roku o godz. 10-tej załadowałem do pieca ostatni wsad chleba. Pod piekarnię podjechał gazik z dowódcą kompanii i dwóch żołnierzy. Po otwarciu drzwi do piekarni porucznik krzyknął:
– No Jackowski, wypiekłeś już swoje, przywiozłem na twoje miejsce dwóch zastępców, a ciebie zabieram do sztabu!

Wszystko zrozumiałem, porucznik nie musiał mi wyjaśniać. „Zastępcom” przekazałem swoje obowiązki. Porucznik ich jeszcze pouczył od czego mają zaczynać. Zabrałem swoją broń i resztę drobiazgów i rozstałem się z piekarnią. Złożyłem życzenia nowym piekarzom i odjechałem z dowódcą do koszar. W sztabie zdałem broń, orzełek i pas. W kolejce stanąłem po kartę demobilizacyjną i rozkaz wyjazdu. W pełnym umundurowaniu wojskowym zwolniono nas weteranów wojny wreszcie do cywila. To było nasze święto, bardzo radosna chwila, że po wielu miesiącach służby, wojennej tułaczki jesteśmy już wolni i niezależni. Ten wzruszający, pamiętny dla mnie dzień był mroźny i trochę padał śnieg. Za bramą koszar pomyślałem, że chwała Tobie dobry Boże. Niezmiernie się cieszyłem, chociaż tyle przeżyłem, tyle wycierpiałem o głodzie i chłodzie w tej, strasznej wojnie ale jestem żywy i zdrowy. Wracam już do Rodziców, by Im pomóc w rozpoczętym już powojennym życiu. Z całego serca współczułem Rodzicom kolegów, którzy nie doczekali swoich synów. Wielu moich towarzyszy wojennej niedoli poległo na polach bitewnych za swoich Bliskich, za swoich Rodaków, by Oni mogli cieszyć się życiem i wolnością swojej Ojczyzny. W każdym momencie, zawsze kiedy wspominam, tych wspaniałych, życzliwych, walecznych chłopaków z żalu zawsze coś mnie dusi w piersiach…. . W czasie wojny łączyła nas najbardziej emocjonalna więź „braterstwa broni”, dzisiaj ja wracam do domu, a oni śpią snem spokojnym na usłanym mogiłami wojennym szlaku. Nowa przyszłość, nowy czas i nowe wyzwania kroczyły naprzód, wplatając nas wszystkich w odwieczny cykl przemijania… .

W połowie maja 1947 roku otrzymałem list, którego nigdy się nie spodziewałem. To był list od sióstr z Hrubieszowa, których bardzo zachwalała matka. Było także załączone ich zdjęcie. Chodziło im o to, by się bliżej zapoznać w celu zawarcia małżeństwa.
Oferta ich brzmiała:- „Panie Władku! O ile możesz, to przyjedź do nas pogościć, a w tym czasie może wybierzesz którąś z nas, o ile Tobie podobamy się.”

Pewnie postąpiłem wobec nich nieładnie i nieuczciwie, bo nawet nie odpisałem im na ich list. Dziś nie pamiętam nawet dlaczego? Być może, że było za daleko, a być może, że nie podobały mi się ich obyczaje? Z pewnością dziewczyny czekały długo na odpowiedź ignoranta…. .

I tak minęły piękne młode lata, którymi nie sterowała miłość lecz wojna. Ale żal po nich, nieodwracalnie utraconych, pozostanie na zawsze i nieraz w zadumie i nostalgii wyciśnie gorzką łezkę wspomnień.

Pisałem te wspomnienia w myślach, ale podczas pisania ten cały obraz przedstawiał mi się jak gdybym naprawdę jeszcze raz to wszystko przeżywał.

Wszystko minęło jak sen jak mgnienie oka, ale nam starym pozostała tęsknota do swojej rodzinnej, białoruskiej krainy. Tam, gdzie były ścieżki i dróżki naszego dzieciństwa i naszej młodości, tam gdzie wypowiedzieliśmy pierwsze słowo: MAMA. Tęsknoty tej nie da się usunąć z pamięci, bo wyryta jest w niej do końca życia. Dzieci nasze i wnuki na pewno tego nie pojmują i nam nie współczują i to nic dziwnego, gdyż ich Ojczyzna i rodzinne strony są tutaj. Z nimi związali się na całe życie, a bolesną przeszłość będą jedynie potwierdzać złożone kości ich ojców.

„Nikt nie zna swojej przyszłości.
Nikt nie zna granic miłości.
Nikt nie wie dokąd dążymy
Nawet nie wiemy, że się mylimy.
Nie wszyscy chcą uwierzyć
Że miłość świat buduje
W nieszczęściu kto jej pomoże?
W cierpieniu kto jej współczuje?
Dlatego wojny bez końca
Dlatego świat jest kaleki
Dlatego wszyscy cierpimy
Będziemy tak cierpieć przez wieki”. S.J.

Władysław Jackowski

Drukuj artykuł Drukuj artykuł

Komentarz wyraża opinie wyłącznie jego autora. Redakcja portalu sycowice.net nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.

Skomentuj artykuł

Nasz serwis wykorzystuje pliki "cookie". W przypadku braku zgody prosimy opuœścić stronę lub zablokować możliwośœć zapisywania plików "cookie" w ustawieniach przeglądarki.