Drukuj artykuł Drukuj artykuł

Komu szumiały wiązy…

2

źródło zdjęcia: Sergiusz Jackowski

(„Wspomnienia pod wiązami” mają nostalgiczny charakter o naszych przodkach.. Chcę wspomnieć historie, które wyczarowałem spod konarów kilkusetletnich wiązów o dawnych i przedwojennych przodkach Mittwalde. Przede wszystkim chcę opowiedzieć o godnych, pierwszych powojennych „Pionierach”, osadnikach Międzylesia, którzy przez niewdzięczny los wojny z różnych przedwojennych regionów Polski trafili na obce ziemie. Tu musieli się jednoczyć, przyzwyczaić, cieszyć się życiem, miłością i pracą. Często na placu pod wiązami, przy kuźni kowala, po pracy odpoczywali i popijali tanie winko, gdyż na lepsze nie było ich stać. Od wczesnych lat swojej młodości poznawałem wszystkich mieszkańców Międzylesia i już po kilku latach byłem z nimi bardzo zżyty. Tu po latach często, po niedokończonej swojej misji zostawiali po sobie piękne wspomnienia dla potomnych i ubogi dorobek. Przez lata w doli i niedoli zmęczeni ciężką pracą i schorowani, zostawiali swoich najbliższych i przyjaciół, odchodzili z pokorą do wieczności. To byli niezwykle cenni ludzie, wielce zaprzyjaźnieni Polacy, którzy po wojnie zadbali o polskie Ziemie Zachodnie.
Dzięki Ich trosce Potomni cieszyli się chociaż skromnym dorobkiem swoich Przodków. Podziwiałem Ich wielce godną przyjaźń i życzliwość społeczną. Na starość zaduma zmusiła mnie, by usiąść przed komputerem i z ofiarnością te piękne wspomnienia utrwalić dla Przyszłych Pokoleń.)
ODROBINA HISTORII POD WIĄZAMI
Z zapisków historycznych wynika, że takie osady, jak: Steinbach (Podła Góra) i Mittwalde
(Międzylesie) powstały około XII wieku. Książę Henryk Brodaty urodzony 1165-1238 był władcą Dolnego Śląska od Wrocławia do Schwiebus (Świebodzin). Ze swojej fundacji władcy i jego żony Jadwigi wybudowano klasztor dla cysterek w Trzebnicy. Po ich śmierci zakonnice – cysterki wykorzystały pozostałą fundację i wybudowały wiele kościołów na południe od Świebodzina. W Międzylesiu, także z tej fundacji w 1308 roku, na głównym placu w środku wsi, został wybudowany kościół pod wezwaniem Św. Wawrzyńca, który został włączony do diecezji poznańskiej. Z zainteresowania tymi terenami w starszym wieku postanowiłem napisać książkę. Przez kilka lat robiłem zapiski i układałem w biurku. Z literatury poznałem cząstkę historycznych dziejów tego terenu. Rzadkim, pięknym i bardzo ciekawym elementem wsi były międzyleskie wiązy. Szypułkowe gatunki tych drzew bardzo mało występuje w Polsce. W Wikipedii znalazłem, że żyją one od 250 – 500 lat. Najstarszy wiąz tego gatunku rośnie w Polsce, w Komorowie (gmina Gubin). Obwód jego pnia ma 887 cm., średnica
pierścienicy 282 cm., wysokość 35,5 m, wiek 445 lat. Od dawnych lat od strony wschodniej placu w Międzylesiu pod konarami wiązu, kowal wybudował kuźnię z kamieni i gliny krytą dachówką (obecnie ten budynek jest zabytkiem). Po zachodniej stronie placu za wiązami jeszcze w wieku dziewiętnastym a może jeszcze i wcześniej wybudowano małą gospodę dla mieszkańców wsi. Na zdjęciu widoczne wiązy z prawej nie przekraczały jeszcze wysokości budynku. Przed wojną w kolejności domów miała ona nr.10. Kiedy wybudowano Tiborlager, to z tej gospody korzystali także niemieccy oficerowie. Ostatnim właścicielem tego obiektu był pan Herkt. Podczas wojny budynek ten spalili Rosjanie, z powodu namalowanego na całej ścianie wizerunku wodza nazizmu. Właściciela natomiast, z wrażliwości na wrogie, rażące symbole, rozstrzelano nie zważając na to, że on dla nich przygotowywał poczęstunek z ubitej kozy. Rosjanie się mścili, że pod tymi symbolami zabijano ich rodaków, swoich najbliższych, swoich przyjaciół i pozostawiali po sobie ruiny ich Ojczyzny. Z opowiadań dowództwa tej armii, które po wojnie kwaterowało w Międzylesiu wynikało, że oni bardzo się mścili za swoich kolegów, których masowo grzebali na wojennym szlaku od Stalingradu do Berlina. Zaraz za posesją Herkta na drugim placu pochowano także żołnierzy, którzy polegli przy zdobywaniu mostu przy umocnieniach w kierunku Skąpe. Przed wojną gospoda była bardziej rozbudowana. Widoczny ganek na zdjęciu został wymurowany i wkoło oszklony.. Po podpaleniu przez Armię Czerwoną budynek spłonął cały a ganek pozostał w całości. Po wojnie kwaterowało w nim dwóch łącznościowców Armii Czerwonej. Gospoda od strony wiązów na środku budynku miała główne wejście dla klientów. Po lewej stronie gospody był wybudowany także przy drodze długi budynek gospodarczy. Na jego środku była łukowa brama wjazdowa na posesję gospodarza.. Budynek pod sam dach był wybudowany z wielkich kamieni łupanych dynamitem. Na ogrodzonej posesji właściciela między ulicami była sterta kamieni pozostała po budowie. A olbrzymi kamień pozostał na placu poza tą posesją.
Na tym kamieniu ile zmieściło się młodzieży Międzylesia. Rok 1952 wczesna wiosna. Ja z prawej u góry. Pod koniec lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku Gromadzka Rana Narodowa w Skąpem otrzymała zawiadomienie z Powiatu w Świebodzinie, że są przeznaczone pieniądze na budowę klubu dla młodzieży w Międzylesiu z wykorzystaniem fundamentów po byłej, niemieckiej gospodzie. W Międzylesiu w tej sprawie odbyło się zebranie w celu wykonanie prac społecznych wsi przygotowanie terenu pod budowę i odgruzowanie fundamentów. Wieś z poświęceniem dokonała tej pracy. Do dalszych prac zabrakło inicjatywy członka Gromadzkiej Rady Narodowej z Międzylesia. Przez nieodpowiedniego członka rady Międzylesia młodzież utraciła tak ważny budynek rozrywki, a mieszkańcy wsi lokal społeczny. Beztroskie władze spowodowały, że i piękny budynek gospodarczy także został rozebrany, a cenne kamienie zostały wywiezione w nieznane miejsce. Ktoś na tym zarobił wielką kasę. Dobrano się także i do olbrzymiego, granitowego kamienia przy którym zbierała się powojenna młodzież wsi.. Mieszkający przy placu Marian Kimsa był świadkiem, kiedy to na początku lat siedemdziesiątych na placu przy kamieniu pojawił się ciągnik z przyczepą i dźwig, który go załadował na przyczepę. Ponoć ten kamień z Międzylesia w Sulechowie nie daleko wieży ciśnień upamiętnia jakieś ważne wydarzenie.
MŁODZIEŻ Z KRESÓW NA ZIEMIACH ZACHODNICH
W większości po wojnie młodzież z Kresów przybyła na Ziemie Zachodnie ze swoimi rodzinami, z własną kulturą, z własną gwarą i z własną tradycją. Przed wojną na Kresach Wschodnich prawie nie było przemysłu odzieżowego i obuwniczego. W tamtych czasach i podczas wojny rodzice uczyli doroślejsze dzieci, by z tym problemem radzili sobie w przyszłym życiu. Kiedy po wojnie jako młodzi ludzie przybyliśmy na te ziemie przywieźliśmy ze sobą całą, swoją fabrykę jak: kołowrotki do produkcji nici z różnego włókna i z owczej wełny. Komplety drutów o różnej długości do produkcji swetrów, szalików, czapek, rękawic itd. Komplety kopyt do produkcji butów, a nawet niektórzy przywieźli i krosna do tkania różnego płótna. Każda rodzina przywiozła ze sobą różne narzędzia gospodarcze jak: cepy do młócenia zboża, sierpy i kosy do koszenia łąk i zbóż, pługi i brony do uprawiania ziemi. Właśnie z tym sprzętem młodzież ze swoimi rodzicami zaczynała nowe życie na swojej Nowej, Małej Ojczyźnie. Ta tradycja trwała kilka dobrych lat po wojnie, aż w Polsce ruszył odbudowany przemysł i odbudowano zniszczone miasta przez wojnę. Po wysiedleniu niemieckich mieszkańców z Międzylesia udało mi się znaleźć niemiecki patefon z kupą płyt. Latem, każdego dnia wieczorem otwierałem okno i stawiałem na nim grający instrument. Przed naszym domem rozbrzmiewającym muzyką niemiecką słuchały dzieci a nawet i młodzież. Ja po roku za uzbierane i sprzedane szyszki, złowione ryby i uzbierane suszone grzyby kupiłem poniemiecką, dwurzędową, guzikową harmoszkę. Przez dłuższy czas uczyłem się na niej grać. Kiedy już dobrze opanowałem granie w drugim roku dorobiłem się na używany dobrej marki niemieckiej akordeon 80 basowy „Hohner”. Szybko opanowałem granie na nim. Od tego czasu w Międzylesiu stało się bardzo wesoło. Ja w każde soboty a nawet i w niedziele przygrywałem dla młodzieży na potańcówkach. Najstarszykolega Mieczysław Gulbicki zbierał zawsze datek do kapelusza dla muzykanta. Na tych potańcówkach roiło się od wojska z pobliskich koszar. Nie brakowało na nich także młodzieży z sąsiednich wsi jak: Skąpe i Podła Góra, a czasem nawet i z dalszych wsi.
Cofam się jeszcze do roku 1945 kiedy już pod koniec lipcu cała wieś była zasiedlona. Jeszcze przez trzy miesiące tego roku i przez cały sezon roku następnego dojrzewająca młodzież z każdej rodziny tworzyła grupę i wypasała bydło i owce, czyli zajmowała się pasterstwem. Pastwiska te przeważnie były oddalone od wsi na terenach wojennych umocnień. Przy tej okazji a przeważnie chłopaki mieliśmy wiele wrażeń przy ich
zwiedzaniu i poznawaniu różnej broni pozostawionej po walkach. Tych, 10 miesięcy były czasem niezwykle pięknym dla dorastającej młodzieży naszej wsi. Pędząc bydło przez trzy kilometry lasu do pastwisk często zabierałem ze sobą harmoszkę Idąc z tyłu za bydłem moja muzyka rozbrzmiewała echem po całym lesie. Po drodze na oddalonych, leśnych polanach spotykaliśmy po kilka saren, które z podziwem wpatrywały się w niebywałe, ciekawe zjawiska. Kiedy już byliśmy na miejscu a zwierzęta spokojnie się pasły, mieliśmy różne pomysły na spędzenie czasu wśród pięknej, leśnej i wodnej natury. Wkrótce po wojnie otworzono w Świebodzinie skup suszonych ziół. Młodzież z rodzicami broniąc się przed biedą za zbieranie i suszenie ziół wiele zarabiała. Jesienią rodzice w każde wtorki jadąc konnym wozem na targ zabierali przy okazji wiele worków ziół. Na skupie za surowiec na leki z przyjemnością zbierany na polach i łąkach kasowali swój dorobek do swoich, ubogich portfeli. Międzylesie otoczone ogromnym lasem obfitowały każdego lata i jesieni masowym wysypem grzybów, w których dominowały piękne prawdziwki. Wkrótce pojawili się handlarze i skupywali ten susz.. Wszyscy z rodzinami w każdych, wolnych chwilach wyruszaliśmy w las, by wzbogacić rodzinny fundusz. Ja dodatkowo opanowałem spryt wędkarski, a nawet w powojennych czasach nikt nie ścigał łowienia ryb poniemieckimi sieciami. Jezioro Ciborze obfitowało w najlepsze gatunki ryb, w którym dominowały sandacze. Złowione ryby sprzedawałem w Międzylesiu i Podłej Górze. Powojenne czasy wsi tętniły życiem jak w mieście. Każdego lata, w każde niedzielne popołudnie stare babcie wychodziły przed domy na ławki by poplotkować, po oglądać i pocieszyć się życiem i swoją aktywną młodzieżą i swoimi, znajomymi mieszkańcami wsi. W powojennych latach wieś cieszyła się urokiem życia i każdego wieczoru rozbrzmiewała śpiewem. W roku 1946 latem, przed zachodem słońca dorastająca młodzież przez las pędziła bydło do domu z wypasu spod obecnej rybakówki Cząbry. W połowie drogi w oddali dostrzegliśmy ogromne kłęby dymu.
Wyglądało tak, jak gdyby cała nasza wieś płonęła. Z przerażenia po drodze wszystkie dziewczyny płakały. Kiedy zbliżaliśmy się do wsi, okazało się, że wielki pożar trwoni las poza wsią. W tym, leśnym kataklizmie spłonęło około 1.500 hektarów lasu blisko naszej wsi. Kilka dni po pożarze lasu byłem nad rzeczką Ołobocką. Stwierdziłem przy niej strasznie stratowane przez zwierzynę leśną przylegające do niej bagna. To potwierdzało jak przerażona zwierzyna zmuszona była forsować rzeczkę przed szybkim pędem pożaru przy sprzyjającym wietrze. Po za pracą leśną i zbieraniem grzybów większa część pracowała na swoich, gospodarstwach rodzinnych. Trochę młodzieży pracowało w jednostce wojskowej w Ciborzu. Tylko mały odsetek uczył się w miastach i mieszkał w internatach. Pojawiali się w swojej wsi tylko w soboty i niedziele. Każda wieś tętniła od młodzieży. Chociaż żyła w niedostatku ale była nad podziw wesoła. A jakże hucznie odbywały się wesela. Ja kilka par po ślubie z kościoła z gośćmi weselnymi prowadziłem ulicą do domu weselnego grając na akordeonie marsza. Uroczystość weselna trwała dwa dni w domu Panny Młodej i dwa dni w domu Pana Młodego. To było prawdziwe, wiejskie piękno z powojennych lat. Od początku lipca 1948 roku pracowałem już w Jed. Wojsk. W Ciborzu. Po pracy dorabiałem różnymi sposobami i prócz akordeonu kupiłem w tych, ciężkich czasach piękny, przedwojenny motocykl marki MOJ. Mogłem na nim popisywać się przed wiejską społecznością. i pozować do zdjęć. Po wojnie, kiedy moja rodzina osiedliła się w Międzylesiu często odwiedzałem dom sołtysa – Antoniego Markiewicza. Było w nim zawsze gwarno i wesoło. Kolega Henryk miał jeszcze w rodzeństwie dwie starsze siostry: Franciszkę i Krystynę. Trzecią, młodszą od Niego była śliczna Genowefa. Ostatni maluch z tego rodzeństwa był brat Stanisław i już nie pasował do naszej młodości, .ale Mama tej Piątki była zawsze wesoła, miła i życzliwa.
Młodzież zaczęła opuszczać wieś od połowy lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Do tego czasu miasta odbudowano z powojennych zniszczeniach i o 100% rozbudowano. Od tej pory młodzież wiejska szalała już w miastach, a na wsiach pozostawiła po sobie tylko smutek. Ludzie polityki zmieniają Polskę mniej na dobre a więcej na złe. W Międzylesiu wszystkie piękno runęło jak kilka wieczne wiązy zostawiając po sobie pustkę. Nie ma już we wsi zagród gospodarczych. Wszelki ruch pieszych na ulicy zamarł prócz poruszających się od czasu do czasu samochodów i klientów sklepowych. Powojenni mieszkańcy już co do jednego odeszli z pokorą na wieczny spoczynek. Świat Międzylesia zmienił się dla mnie w większości na nieznanych mieszkańców. Pozostałem jedynie tylko ja ze swoją żoną. A mój akordeon „Weltmeister” prawie od pół wieku pozostał nie wyjmowany z futerału. A jeszcze na początku lat sześćdziesiątych musiałem jechać po zakup tego instrumentu do warszawskiego PDT.
Teraz na starość kiedy budzę się podczas długich nocy, z wielką nostalgią godzinami wspominam tak piękne, cudowne czasy naszej, tak ubogiej młodości. W tym czasie zapalam nocną lampkę i z łezką w oku spisuję w notesie te piękne fragmenty minionych dziejów w czasie swojej młodości, by je później uwiecznić na komputerze dla Naszych Potomnych.
Wspominając dawne, powojenne dzieje, życzliwych mieszkańców i tętniącą życiem wieś, nawet i otaczająca aura tych czasów była bardziej sprzyjająca dla ciężko zapracowanych, szczerych i przyjaznych ludzi. Latem regularnie nadchodziły szumiące burze bogate w błyskawice, w strzelanie piorunów i w rzęsisty deszcz. Po takim zabiegu natury oczyszczone powietrze pachniało parującym ożywieniem kwitnących roślin. Świat upiększały barwne tęcze. Ten, niezwykły dar natury pobudzał mieszkańców wsi do dalszej, aktywnej nie lekkiej pracy. A po niej do godnego, zasłużonego odpoczynku i do Pięknej, Prawdziwej Miłości w Sercu Uroczej Natury.
TRZECH WSPANIAŁYCH
W literaturze istnieje Ich siedmiu. A ja odrobinę napiszę o trzech wspaniałych leśniczych, którzy zasłużyli pozostać w moich wspomnieniach. Oni niezwykle troszczyli się o lasy otaczające od strony północnej Międzylesie. Oni z wielką troską zaopatrywali mieszkańców swojej wsi w opał i w materiały budowlane dla remontów zagród rolniczych. Nigdy i z nikim nie mieli żadnych konfliktów podczas współpracy z mieszkańcami. Ich leśniczówka znajduje się na najwyższym wzniesieniu przy samym lesie w Międzylesiu. Pierwszym leśniczym po wojnie był pan Eugeniusz Owoc. Do Międzylesia przybył z żoną Ireną i z dwoma córkami:
Bożeną i Dorotą. Angażował młodzież z pobliskich wsi do zbierania i sprzedawania szyszek w największej ilości. Funkcję skupu pełnił gajowy Władysław Czesnowicz. Przez kilka lat zatrudniano młodzież do oczyszczania spalonego lasu i sadzenia nowego. Tylko ja z kuzynem Bolesławem Jackowskim posadziliśmy około 5 hektary. To były niezwykle cenne pierwsze zarobki powojennej młodzieży. Bardzo chętnie zatrudniała się do prac leśnych. W leśniczówce na górce każdego dnia było gwarno. Pan Owoc w sumie „zaowocował w piątkę dzieci. Kiedy one dorastały trafiła się okazja zmienić leśniczówkę na bliższą od miasta. Musiał więc opuścić Międzylesie ze względu na daleką odległość do szkół średnich. W tamtych latach nie były jaszcze dostępne samochody, a PKS miał bardzo mało kursów..W roku 1965 trafił do leśniczówki pod Wschową. Cztery córki i piąty syn tam dorośli , pożenili się i rozjechali się po Polsce. Zapracowanym ludziom lata szybko mijają. Przed emeryturą każdy myśli, jak i gdzie spędzić „złotą jesień”. Druga w kolejności córka pana Owoca Dorota zatęskniła do ścieżek i dróżek swojego dzieciństwa i najczulszego miejsca na świecie gdzie przy rodzicach dorastała do swojej młodości. Namówiła męża Zdzisława , by swoje dorobki życia przeznaczyć na budowę domku własnego na wykupionej działce w Międzylesiu. Kochany mąż dopomógł spełnić marzenia swojej ukochanej. W zgodzie więc postanowili, by opuścić hałaśliwe w smogu miasto i spędzić swoją „złotą jesień” w „kolebce Dorotki”. Jakże Dorotka cieszyła się, że chociaż jednego, znajomego z lat dzieciństwa zastała w Międzylesiu. Jak z wielkim zaciekawieniem czytała wspomnienia bliskiego sąsiada z lat swojego dzieciństwa. Ja także się cieszę, że na starsze lata poznałem tak życzliwe małżeństwo. Kiedy tylko u Nich się pojawię, goszczą mnie czym tylko mają. Podziwiam Ich działkę tak pięknie zagospodarowaną.. Są tam różne warzywa i różne gatunki drzew owocowych i leśnych. W kilku posadzonych brzózkach pojawiają się już czerwone kapelusze kozaków. W tym, pięknym, różnorodnym gaju wiosną i latem rozlegają się ptaszęce chóry, które umilają emerytom zasłużony wypoczynek. Właściciele Szmiglowie hojnie odpłacają się śpiewakom w ciężkich, zimowych czasach. Drugim leśniczym w Międzylesiu był pan Marian Bobkiewicz. Przybył tu ze żoną i małym synkiem. Pracy w lesie dla młodzieży od połowy lat sześćdziesiątych także nie brakowało. Gajowym został także mieszkaniec Międzylesia pan Zygmunt Musik Pełnił swoje obowiązki co jego poprzednik, który został mianowany na leśniczego w Zaborze. Nowy duet opiekunów lasu mieszkańcy Międzylesia szybko polubili. Rolnicy także dodatkowo byli zatrudniane w lesie.
Po sezonie rolniczym na polach, dokonywali zrywek wyciętego lasu i orali pod sadzenie nowego lasu. Praca w lesie była dla każdego, kto tylko lubił pracować w lesie. W latach siedemdziesiątych pojawiła się spora grupa młodzieży z gór. Część po sezonie wracała w góry a część pozostała w Międzylesiu na stałe. Tu się pożenili i wykupili wolne domy. Tu troszczyli się o swoje rodziny. Tu odchodzili z pokorą do wieczności, tylko parę potomków po nich zostało. Na początku lat osiemdziesiątych pan Bobkiewicz odszedł na emeryturę i zamieszkał w bloku leśnych emerytów w Świebodzinie. Pan Zygmunt Musik nie wiele pożył po odejściu swojego współpracownika i przedwcześnie opuścił świat i międzyleskie piękno.
Trzecim leśniczym w Międzylesiu w połowie lat osiemdziesiątych został Leszek Tomczyk. Był tymczasowo zamieszkały w Zawiszy w wynajętym mieszkaniu przez nadleśnictwo. Tam pierwszy raz wykonywałem w garażu prywatną usługę instalacji elektrycznej na zlecenie nadleśnictwa dla młodego, życzliwego leśniczego. Po tej usłudze naprawiałem kuchenkę elektryczną dla żony leśniczego pani Elżbiety. Po zakończeniu prac piłem z Nią przygotowaną kawę. Zapłakana, malutka Paulinka przerywała nam rozmowę. W takich okolicznościach poznałem rodzinkę pana leśniczego. Kiedy Tomczykowie zamieszkali
na leśniczówce w Międzylesiu, wkrótce urodziła Im się druga córeczka Monika. Często odwiedzałem leśniczówkę ze swoimi usługami. Szybko żeśmy się zaprzyjaźnili. Pan Leszek nie chciał widzieć żadnego elektryka prócz mnie. Życzliwa pani Elżbieta zawsze pamiętała o poczęstunku po pracy. Kiedy córki dorosły stwierdziłem, że pani Elżbieta dla rozrywki i dla uroczego szumu odpalała kład i wyruszała w las. Kochała leśne piękno i ciekawiło Ją, jak jej mąż troszczy się o niego.. Prócz męża nie wykluczała także miłości do lasu. Kiedy w rodzinie Tomczyków pojawiły się wnuki, zaplanowano pomoc rodzinie starszej córki. Celem planu było, by dołożyć się swoimi oszczędnościami wybudowania domku i wkomponować go w las. Bo przecież w tym lesie upłynęła Im najpiękniejsza część życia. Zaplanowali także,by w tym domku spędzić zbliżającą się „złotą jesień”. Chcieli wspólnie umilić zasłużoną emeryturę w bajecznym, leśnym szumie. Jak piękna, tak bezlitosna natura nie rozczulała się nad Ich marzeniem. Pani Elżbieta nagle zachorowała i odeszła zostawiając najdroższe piękno swojego świata. Uroczystość pogrzebowa 55 letniej Elżbiety odbyła się w czerwcu 2014r.. W kościele oglądałem ostatnie, rozpaczliwe pożegnanie się z Nią jej rodziny. Ja także przy pożegnaniu się z Nią uroniłem łezkę. Pan Leszek podczas wywiadu prosił mnie, bym skromnie wspomniał o jego ukochanej. Dostrzegłem, że On sam chce boleśnie przeżywać najcenniejszą stratę swojego życia. Domek o którym napisałem znajduje się w galerii Międzylesia na końcu VI rozdziału „Dzieje nad strumykiem”. CZĘŚĆ II NASTĄPI

Sergiusz Jackowski

Drukuj artykuł Drukuj artykuł

Jeden komentarz do artykułu “Komu szumiały wiązy…”

  1. Adam

    Widzę, że Pan Sergiusz powrócił ze swoją twórczością na sycowicką stronę. Pozdrawiam i czekam na dalszą część.

Komentarz wyraża opinie wyłącznie jego autora. Redakcja portalu sycowice.net nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.

Skomentuj artykuł

Nasz serwis wykorzystuje pliki "cookie". W przypadku braku zgody prosimy opuœścić stronę lub zablokować możliwośœć zapisywania plików "cookie" w ustawieniach przeglądarki.