- Sycowice - https://sycowice.eu -

Front nad Wisłą

Front nad Wisłą

źródło zdjęcia: sxc.hu

Los wojennego tułacza – część 7
15 grudnia 1944 roku z wielkim trudem, wyczerpani, z pokaleczonymi nogami dotarliśmy do prawobrzeżnej Warszawy. Po upadku powstania lewą stronę Wisły okupowali jeszcze Niemcy, nam natomiast po tak ciężkiej i długiej podróży nakazano przez dwa dni odpoczywać.

17 grudnia 1944 roku to ważny dzień w moim życiu, bowiem ukończyłem wtedy 21 lat… . W tym  właśnie dniu miała miejsce ważna dla nas uroczystość. Na przedmieściu Warszawy w Drewnicy na placu miejskim, składaliśmy przysięgę na wierność Ojczyźnie i narodowi polskiemu, oraz przysięgaliśmy walczyć, aż do zwycięstwa z okupantem hitlerowskim.

W tym też dniu,  naszej kompanii składającej się z 80 żołnierzy nadano nazwę: „Druga Kompania Fizylierów Pułkowych 3-ciej Dywizji im. Romualda Traugutta„. Dowódcą naszej kompanii został por. Święcicki, który to zaraz po ukończeniu szkoły oficerskiej przybył do Warszawy z Riazania. W Drewnicy otrzymaliśmy nowe pistolety maszynowe, amunicję i granaty. Przez dwa dni ćwiczyliśmy ostre strzelanie. Byliśmy już w pełni przygotowanymi żołnierzami Ludowego Wojska Polskiego do walki z okupantem.

20 grudnia 1944 roku po raz drugi z obowiązku wojennego zaprowadzono nas na pokazowy sąd polowy, który odbywał się w tej dzielnicy. (Wszyscy żołnierze musieli być świadomi, że za uchylanie się od obowiązku obrony Ojczyzny i za dezercję z armii, każdemu grozi sąd polowy). Tym razem rozprawa była krótsza. Odczytano tylko wyrok za zdradę Ojczyzny i narodu polskiego dla dwóch dezerterów. Rozebrano ich do bielizny i postawiono tym razem pod mur. Po salwie plutonu egzekucyjnego chłopcy upadli na naszych oczach. Był to bardzo nieprzyjemny i dramatyczny dla wszystkich żołnierzy moment. Na tego rodzaju sceny nie każdy może patrzeć. Trzeba mieć silne nerwy i kamienne serce, ale na to musieliśmy przymusowo  patrzeć, choć w chwili tak strasznej, wielu żołnierzy przymykało oczy. Taka śmierć dla żołnierza jest haniebna. Wielu z nas dobitnie się przekonało o tym, że lepiej iść na front, walczyć z okupantem, albo zginąć od kuli nieznanej.

24 grudnia 1944 roku od rana, nasza kompania była zakwaterowana na Pradze – Targówku w budynku rozrywki publicznej. Była tam duża sala ze stolikami i bufetem, oraz z kuchnią na zapleczu z kilkoma pomieszczeniami. Po śniadaniu wielu żołnierzy i ja usiedliśmy za stolikami, by napisać listy do swoich rodzin przed planowaną ofensywą wyzwolenia lewobrzeżnej Warszawy. To miał być nasz pierwszy bój o wolność stolicy, do którego nas dowództwo przygotowywało. Podczas pisania listu w zadumie, że w tej bitwie mogę zginąć, opanowała mnie tęsknota za Rodziną, jakiś ogromny żal i nostalgia, ale również wena, by dla Mamy napisać wiersz przed pierwszą bitwą:

NAJDROŻSZA MAMO
Pokazywałaś mi świat prowadząc za rękę.
Dla troski o mnie poświęcałaś swoją udrękę.
Dla mnie zostawiłaś wygody, wybrałaś znój.
Mamo, za Ciebie, za Tatę, za Rodzeństwo, za Warszawę idę w bój.
Mamo, ja już dorosły, zostawiłem na chwilę swoje strony:
Dziecięce ścieżki, młodości dróżki, falujące zagony.
Po zwycięstwie zjawię się, by pomóc zbierać urodzajne plony.
Nie płacz Mamo, ja z pewnością do Ciebie, do Taty, do Rodzeństwa wrócę.
O swoim zwycięstwie, o naszym przyszłym szczęściu rodzinnym piosnkę Wam zanucę.

Po napisaniu tego wiersza cieszyłem się, że chyba dość ładnie to wyszło. Zaraz na kartce zrobiłem odpis i dołączyłem go do swojej wojennej kroniki. Opisałem Mamie swoją tęsknotę i Warszawę, w której będziemy przez dłuższy czas odpoczywać i walczyć za swoją stolicę..
Przed obiadem odpowiedzialny za pocztę polową pozbierał do swojej torby wszystkie listy. Po obiedzie pojawiali się cywile z zaproszeniami żołnierzy na Wieczór Wigilijny do swoich domów. Dowódca kompanii mile potraktował życzliwe gesty warszawiaków. Pozwolił swoim podopiecznym spędzić wigilię w domach prywatnych  przed rychłą spodziewaną bitwą, o wyzwolenie reszty ich miasta. Przed tym, każdy  zaproszony żołnierz musiał zgłosić się do pisarza kompanii ze swoim zapraszającym, by się wpisać gdzie i pod jakim adresem będzie spędzał wigilię. Zjawiła się także jedna pani, która na wigilię zapraszała, aż czterech żołnierzy. Przez dowódcę kompanii ja także zostałem wytypowany. Po dokonaniu formalności u sekretarza życzliwa pani poprowadziła nas do swojego domu. Po drodze opowiadała nam jak wiele przecierpiała przez 5 wojennych lat. Jak jej mąż zginął podczas powstania. W domu przedstawiła nam swoją młodszą siostrę, która także utraciła swojego narzeczonego już po powstaniu od wybuchu miny. Po pierwszej, miłej rozmowie w gościnnym domu z miłymi paniami, kiedy miasto pogrążyło się w szarówce, razem przystąpiliśmy do ubierania choinki, którą panie kupiły na targu. Nie zabrakło między moimi kolegami też artysty, który zajął się bajecznymi wycinankami. Życzliwe panie bardzo cieszyły się z tak dobranego, wigilijnego zespołu, że w tak najważniejsze doroczne święto w warunkach frontowych, goszczą u siebie polskich żołnierzy. Jak wiadomo w tym czasie była w Warszawie wielka bieda i niedostatek spowodowany pięcioletnią  okupacją niemiecką i  długotrwałym powstaniem.  Te cudowne panie chciały jednak sprawić żołnierzom trochę przyjemności, którzy w ten wieczór niezwykle tęsknili za swoimi rodzinami. Za ostatnie grosze kupiły nam skromne upominki pod choinkę. Wszyscy razem odczuwaliśmy prawdziwy, świąteczny nastrój. Każdy żołnierz w tej chwili był myślami w swoim domu przy swojej rodzinie i starał się nie załamywać, by w gronie wojskowym z życzliwymi paniami przeżyć tą uroczystość w miłym nastroju. Każdy zdawał sobie sprawę z tego, że jest wojna, a w pobliżu znajduje się front, że w każdej chwili czeka nas bitwa o wyzwolenie lewobrzeżnej Warszawy. Pomimo to, przy wigilijnym stole śpiewaliśmy kolędy i wojskowe piosenki. W takim niezwykłym nastroju panie łamały się z nami  opłatkiem. Ten gest miłych pań z życzeniami zwycięstwa,  sprawił nam wielkie wzruszenie i wprawił w zadumę. Ten nastrój jednak szybko minął, gdy panie zaczęły wręczać żołnierzom skromne upominki. Ten moment dla każdego z nas był bardzo delikatny i wrażliwy. Niejednemu żołnierzowi zakręciła się w oku łezka. Ja zastanawiałem się co to dla mnie przypadnie, bo przecież w paczkach mogą być różne rzeczy. Pięknie ubrana pani z miłym uśmiechem i życzliwością wręczyła mi upominek w torebce. Podziękowałem jej bardzo i ucałowałem w policzek. Wielce się cieszyła z tego miłego gestu żołnierza. Ja także wielce się ucieszyłem, bo dostrzegłem w torebce ciepłe skarpety. Były one dla mnie ratunkiem przed odmrożeniem stóp podczas tak srogiej zimy.

Czas pięknego wigilijnego spotkania z pięknymi paniami siedzącymi między nami, kiedy czuliśmy ich ciepło opowiadając wzajemnie o swojej młodości minął szybko jak miły sen. Przed godziną 22-gą wszyscy uczestnicy Wigilii byli smutni, a jeszcze bardziej panie, że musieliśmy je pożegnać, by się stawić w wyznaczonym czasie na swojej kwaterze. Tą niezapomnianą wigilię 1944 roku z uroczymi paniami wspominałem przez cały szlak bojowy.  Nawet i teraz po bardzo wielu latach, będąc już w poważnym wieku,  w samotności wspominam często ten piękny, warszawski, wigilijny epizod.

Warszawa – Praga była już wyzwolona 14 września 1944 roku przez Armię Polską i Armię Czerwoną, natomiast Warszawa lewobrzeżna trwała wciąż pod okupacją hitlerowską. Dniem i nocą płonęły domy w mieście, a łuny pożaru były widoczne z dużej odległości. Cały czas trwała koncentracja wojsk Armii Czerwonej i Wojska Polskiego. Przygotowywaliśmy się do ofensywy wyzwolenia drugiej części Warszawy, a każdy żołnierz spodziewał się, że będzie brał w niej udział.

Jeszcze w trwającej nocy wigilijnej przed godziną 24-tą dowódca kompanii por. Święcicki zawołał mnie i mojego kolegę do siebie. Zawiadomił nas, że mamy przygotować się do pełnienia warty przy moście Poniatowskiego na Wiśle. Byłem w niepokoju, że dla mnie przypadł w pierwszej kolejności ten obowiązek na linii frontu. Zastanawiałem się, jak ja podołam wywiązać się z tego zadania. Dowódca warty przyprowadził nas obu nad Wisłę do schronu pod mostem. Pouczył nas jak mamy pełnić wartę. Był to most kolejowy, częściowo zburzony, ale cała konstrukcja spoczywała nad samą powierzchnią wody. Można było po niej bez obawy przejść na drugi brzeg rzeki. Brzegi rzeki były zamarznięte, tylko ponoć sam środek był jeszcze wolny od lodu. W tym schronie można było rozpalić piec żeliwny i ogrzać się na zmianę z kolegą. Cały czas trzeba było obserwować most, by Niemcy czasem nie przeszli na nasz brzeg. W razie ataku mogliśmy zaalarmować swoją jednostkę telefonicznie. W zimnie, w strachu i w obawie przed jakimś niespodziewanym zagrożeniem, przetrzymaliśmy do 6-ej rana do kolejnej zmiany warty.

25 grudnia 1944 roku przypadało  Boże Narodzenie, ale  na froncie nie było żadnego święta. Po chwilowym odpoczynku otrzymaliśmy inne zadanie. Było ono gorsze i bardziej niebezpieczne. Nad Wisłą za wałem w krzakach, stało kilka łodzi wmarzniętych w lód. Otrzymaliśmy z kolegą zadanie, by te łodzie wydobyć z lodu i przenieść za wał. Odległość od Wisły za wał liczyła około 50m. Zadanie to było trudne pod względem fizycznym i niebezpieczne z uwagi na to, że przebiegała tędy linia frontu i trzeba go było wykonać w dzień. Nie mieliśmy żadnych narzędzi do kruszenia lodu oprócz łopatek saperskich, które do takiej pracy nie bardzo się nadawały. Rozkaz i zadanie trzeba było jednak wykonać. Przystąpiliśmy więc do pracy. Z drugiego brzegu rzeki z pewnością można było wszystko dostrzec co się dzieje w gołych krzakach. Zaczęliśmy rąbać lód łopatkami. Te odgłosy usłyszeli Niemcy i zorientowali się, że coś musi się dziać na przeciwległym brzegu. Padło kilka serii z karabinu maszynowego. Chować się nie było gdzie, jak tylko za te łodzie. Kiedy ostrzał ustał, odczekaliśmy dłuższy czas i znowu przystąpiliśmy do pracy. Po chwili Niemcy otworzyli jeszcze silniejszy ogień. Byliśmy pewni, że tych łodzi w takich warunkach nie da się wydobyć. Tym razem za łodziami leżeliśmy jeszcze dłużej. Było już południe,  Niemcy od dłuższego czasu nie strzelali, a myśmy przypuszczali, że poszli na obiad. Wtedy nie mieliśmy jeszcze wydobytej ani jednej łodzi. Wzięliśmy się znowu do kucia lodu. Przez długi czas panowała cisza. Wydobyliśmy 3 łodzie i zaciągnęliśmy je za wał. Następna łódź była dalej w rzece poza krzakami. Robiła się szarówka i byliśmy pewni, że bez problemu ją wydostaniemy. Niestety, Niemcy znowu otworzyli silny ogień, w dodatku pojawiły się rakiety jedna za drugą. Było wszystko widać jak w dzień. Leżeliśmy za łodzią i czekaliśmy na śmierć, gdyż drewniana łódź nie powstrzymywała kul które przeraźliwie gwizdały wokół nas. Trafione w łódź z trzaskiem ją dziurawiły. Kolega dostał postrzał w nogę. Nogawkę spodni barwiła krew, a ranny zaczął jęczeć z bólu. Odczekałem kilka chwil, aż Niemcy przerwali ogień. Było już całkiem ciemno. Zdjąłem z pasa troki z pokrowca od łopatki i przy pomocy noża wykombinowałem opaskę na nogę. Na leżąco zajęło to mi wiele czasu. Było już prawie ciemno kiedy ścisnąłem tą opaską nogę kolegi powyżej rany. Włożyłem rannego na ramię i udałem się z nim do kompanii oddalonej około 2 km. Kiedy już byłem bezpieczny za wałem, pod ciężarem ciała kolegi który wciąż postękiwał z bólu, zacząłem się szybko męczyć, ponieważ musiałem pokonywać  również sporą warstwę śniegu. Co jakiś czas odpoczywałem z powodu silnego zmęczenia i kładłem go na śniegu. Kolega cały czas był przytomny. Widząc, że opadam z sił, obawiał się bym go nie zostawił i krótko pojękując błagał:
– Drogi Władziu, proszę Cię, tylko mnie tu nie zostawiaj, gdyż ja przez noc na takim mrozie w śniegu nie wytrzymam…..
Zapewniałem kolegę, że jeżeli padnę ze zmęczenia to zginiemy, ale razem…. .  Po przejściu kilku kroków musiałem przystawać i odpoczywać. Po odpoczynku z trudem zakładałem go na ramię i ruszałem w męczący marsz. Kiedy już byłem na ulicy, iść było nieco lżej. Zaraz dostrzegło mnie dwóch cywili w starszym wieku i uwolniło mnie od ciężaru kolegi. Na kwaterze dowódca kompanii  podziękował cywilom za udzieloną pomoc w ratowaniu życia jego żołnierza. Dowódca dostrzegł, że ja byłem bardzo zmęczony i kazał mi usiąść. Zadzwonił od razu, by sprowadzić wojskową karetkę do odwiezienia rannego żołnierza do szpitala. Po tej czynności wrócił do mnie z notesem. Wszystko spisał co się wydarzyło na linii frontu. Po tym wywiadzie zwrócił się do mnie:
– Podziwiam cię bardzo Jackowski, zasługujesz na pochwałę, że tak świetnie poradziłeś sobie w trudnej sytuacji. Kolega także na pewno będzie ci bardzo wdzięczny, że mu także pomogłeś. Jesteś dobrym i wzorowym żołnierzem na froncie.
– Panie poruczniku, to było moim obowiązkiem tak postąpić. Musiałem swojemu koledze udzielić pomocy. Kolega z pewnością postąpił by tak samo, gdyby kula trafiła we mnie.
Kolegę zaraz zabrano do szpitala na Pradze. Od tego czasu go nie widziałem, gdyż do naszej kompanii już nie wrócił. Po tych wydarzeniach dowódca kompanii wręczył mi na trzy dni przepustkę z której prawie nic nie skorzystałem, bo gdzie i po co miałem iść… ? Chciałem odwiedzić panie poznane w wigilijny wieczór, byłem już nawet przy ich domu, ale sam jeden nie odważyłem się zapukać do ich drzwi. Obawiałem się, że spotkanie dwie na jednego, może nie udać się poprawnie…. .

Po wydarzeniach na Wiśle wiele myślałem, komu te łodzie były potrzebne jeżeli Wisła była zamarznięta? Dlaczego i po co wysłano nas na śmierć, skoro z tego nie było żadnego pożytku? Doszedłem do wniosku, że to był nieudany pomysł dowódcy. Chyba myślał, że za wałem Wisły będziemy warować do wiosny?

1 stycznia 1945 roku nikt z żołnierzy nie dostrzegł, że dzień Nowego Roku  był wyjątkowym dniem. Trwały tylko jak zwykle monotonne zajęcia związane z obserwacją Wisły. Niemcy też siedzieli spokojnie, tylko od czasu do czasu słychać było pojedyncze strzały. 2 stycznia z Pragi odmaszerowaliśmy do dzielnicy Anin. Był tu prawdziwy odpoczynek przez dwa tygodnie. W tej leśnej dzielnicy była cisza i normalne życie mieszkańców którzy mieszkali w prywatnych wiliach, tu jakby wojny nie było. Nie widać było żadnych zniszczeń, żadnych ruin. Wszędzie ład i porządek. Podczas silnych mrozów wszystkie zgrupowane nad Wisłą jednostki wojskowe  oczekiwały na moment, aż rzeka będzie skuta odpowiednio grubym lodem, by po nim ruszyć w bój na wyzwolenie lewobrzeżnej Warszawy.

16 stycznia 1945 roku trwała koncentracja wojsk nad Wisłą, w górę rzeki do wysokości miasta Góra Kalwaria. Nasz 9-ty pułk piechoty z pełnym uzbrojeniem stał nad rzeką z zamiarem przejścia po lodzie na drugi brzeg. Mróz nocą sięgał do – 20 stopni. Wiał ostry, lodowaty wiatr od wschodu. Żołnierze cały czas poruszali się przytupując nogami, by nie skostnieć z zimna. W takich warunkach przetrwaliśmy przez całą noc i nic się nie działo. Nikt nie wiedział dlaczego stoimy i marzniemy? Każdy z nas chciałby jak najprędzej być w ruchu. Kiedy zaczynało świtać, zauważyliśmy, że na Wiśle badają grubość lodu, więc chyba niebawem ruszymy. W kilku miejscach wiercono lód i badano jego wytrzymałość. Stwierdzono, że lód jest dostatecznie gruby i wytrzymały na ciężary. Po tych badaniach najpierw skierowano pojedynczo samochody ciężarowe, które przejechały bez problemów. Następnie ruszyły pojedynczo czołgi i także lód wytrzymał. Na koniec ruszyła piechota bez żadnych obaw. Cała przeprawa po lodzie poszła sprawnie, a my byliśmy zadowoleni, że w marszu możemy się rozgrzać. Jak na tak mroźną zimę byliśmy za lekko ubrani, ale w marszu było ciepło…. .

17 stycznia 1945 roku po przeprawie, nasz pułk skierował się w kierunku miasta Góra Kalwaria. Drogę zasypaną śniegiem przecierały czołgi, za nimi jednostka zmechanizowana, następnie podążał tabor konny, a na końcu ta szara piechota. Na tym odcinku frontu nie napotkaliśmy na żaden opór wroga. Dalej w dół rzeki maszerowaliśmy do Warszawy przez Piaseczno. Tu mieliśmy odpoczynek przez jeden dzień w domach prywatnych. Dowiedzieliśmy się, że Niemcy opuścili Warszawę przed spodziewaną ofensywą bo dobrze wiedzieli, że jeżeli jej nie opuszczą, to poniosą ogromne straty. Wiedzieli, że ogromne siły Armii Polskiej i Armii Czerwonej oczekują na odpowiednią grubość lodu, by po nim sforsować Wisłę. Niemcy osłabieni powstaniem dokładnie wiedzieli, że takiej ofensywy nie powstrzymają.

19 stycznia 1945 roku weszliśmy do centrum Warszawy. Na jej widok ogarnęło nas przerażenie, wszędzie same gruzy, jak okiem sięgnąć rumowiska, kikuty kominów, domy bez ścian. Mieszkańcy stolicy jak mrówki penetrowali gruzy, z pewnością szukając swoich zasypanych w gruzach  zabitych, a także pożywienia, lub ciepłej odzieży. Wielu z nich urządzało w gruzowiskach cieplejszą norę, by przetrwać srogą zimę. Na ulicach zagraconych różnym sprzętem i zawalonych gruzem, mieszkańcy bez mieszkań ogrzewali się przy ogniskach i gotowali jakąś strawę. Wielu z nich było rannych z opatrunkami na głowach, rękach, nogach, wielu poruszało się o kulach. Wszystko wyglądało jak po kataklizmie. Niektórzy już mieli swoje, zorganizowane lokum i tym  było nieco lżej. Patrząc na ogromne zniszczenia można było sobie wyobrazić, jak warszawiacy przeżywali powstanie i okupację przez 5 lat. My z wielkim wzruszeniem oglądaliśmy wojenne widmo swojej stolicy. W zadumie przepuszczaliśmy, że tego miasta już nikt nigdy nie odbuduje. Tylko niektóre dzielnice na obrzeżach miasta były niewiele zniszczone. Tam były większe skupiska mieszkańców. Tam poszkodowani podążali ratować swoje życie i tam organizowano dla rannych i chorych punkty medyczne. Służby medyczne dźwigały rannych na noszach otulonych ciepłą odzieżą, bądź pościelą. Od tego Warszawa zaczynała życie po opuszczeniu barbarzyńców.

Władysław Jackowski